Biblioteka Arkanii
Advertisement
Biblioteka Arkanii
Ten artykuł został odznaczony jako artykuł na medal Biblioteki Fanonu Star WarsTen artykuł został wybrany przez społeczność na artykuł dekady Biblioteki Fanonu Star Wars
Zajekurwabistaedgywchujokładkażejapierdole.jpg

Krótkie, bardzo śmieszne Yen, opowiadanie przedstawiające jedną z przygód Esteracha, radykalnego i dość brutalnego w swych metodach mistrza jedi, którego zakon trzyma w swoich szeregach chyba tylko ze względu na jego mroczną przeszłość. Zanurz się w fabule tegoż jakże wspaniałego dzieła i utop się w porąbanej konstrukcji zdań, bo autor miał w gimbazie za dobrą polonistkę i odkryj światy Atlastaru, pokręconego zlepka układów gwiezdnych, rządzonego przez brutalną siłę gangów za nic mających wartość życia, gdzie nawet będąc hersztem bandy znaczysz tak nie wiele, że po swojej śmierci zostaniesz zapomniany równie szybko jak twój poprzednik, którego nawet nie znałeś. Poznaj mroczną przeszłość radykalnego mistrza, który jest tak edgy, że będzie nowym wyznacznikiem tego na tej wiki i jego padawankę, typową młodą dziewczynę, która upojona ideałami zakonu, musi zetrzeć się z realiami rzeczywistości, która jest tak odrealniona, że po przeczytaniu tej lektury będziesz musiał poczytać podręcznik do fizyki aby wrócić do normalności.

A tak serio to Szymu się czepiał no to pisze ten badziewny wstęp, w dużym skrócie masz mistrza na misji ratowania padawanki, po drodze poznajesz odrobinę historii głównego bohatera, masz trochę walki, trochę gadania, generalnie nie umiem pisać takich wstępów dlatego wolałem sobie zrobić jaja, z istotnych informacji, które powinieneś wiedzieć to ta, że akcja opowiadania ma miejsc na krótko przed wydarzeniami z Mrocznego Widma. Przeczytaj i sam oceń.

Prolog

Szli obok siebie, mijając kolejne, monumentalne kolumny położonej na Coruscant świątyni Zakonu Jedi. Obaj byli ludźmi, lecz zdecydowanie różnili się od siebie. Pierwszym był odzianym w kremowe, luźne szaty, spięte brązowym pasem, przy którym kołysał się, zaczepiony miecz świetlny, wysokim mężczyzną, o krótko ściętych, szatynowych włosach, brązowych oczach, niewielkim, nieco szpakowatym nosie i szerokich ustach. Jego prawy policzek szpeciły trzy, wąskie, ciągnąca się po nim od oczodołu, aż do nosa blizny, będące pamiątką po starciu z jakąś bestią. Mężczyzna poruszał się powoli i ociężale, wspomagając się laską, widocznie musiał jakiś czas temu odnieść rany, które nie zdążyły jeszcze się zagoić. Drugi mężczyzna natomiast zdecydowanie wyróżniał się strojem na tle nie tylko kolegi, ale większości mieszkańców świątyni. Jego ciężkie, wzmocnione buty uderzały o posadzkę świątyni, wydając przy tym bardzo charakterystyczny, metaliczny dźwięk. Długi, czarny, skórzany płaszcz zakrywał większość odzieży pod spodem, odsłaniając jednak również opancerzoną klatkę piersiową, oraz pas, do którego przytroczony był miecz świetlny. Gdyby nie ten ostatni element, mężczyzna byłby zapewne uznawany za jakiegoś pirata, przemytnika albo łowcę nagród, aniżeli rycerza jedi. Jego długie jak na mężczyznę, kruczoczarne włosy spadały mu na twarz, przysłaniając nieco jedno oko, pozioma szrama na nosie wskazywała na pamiątkę po jakimś starciu, jego usta i broda były natomiast osłaniane zadbanym i celowo nieco wydłużonym zarostem. Mężczyzna był bardzo wyraźnie niezadowolony z kondycji towarzysza i co jakiś czas musiał sztucznie zwalniać kroku, albo całkiem się zatrzymywać, aby nie zgubić kompana.

- Znów to zrobiłeś - zaczął pierwszy z idących jedi.

- Co masz na myśli? - podjął jego nietypowy towarzysz.

- Twoje skłonności do "agresywnego negocjowania" z naszymi rozmówcami sprawią, że w końcu napytasz sobie biedy - odpowiedział szatyn.

- Oh daj spokój Sten, w końcu jesteśmy jedi, niezniszczalnymi, siejącymi postrach w sercu każdego bandziora strażnikami prawości, nieprzekupnymi i nieugiętymi w pełnieniu naszych obowiązków - odpowiedział mu brunet i zaczął się śmiać.

- Twoja arogancja ustępuje tylko twej pysze i brakowi poszanowania dla istot żywych - odparł mężczyzna w kremowych szatach.

- Ta "arogancja i pycha" zaprowadziły mnie do rangi mistrza, więc nie mogę powiedzieć, żeby wyszło mi to na złe. Odnośnie zaś braku szacunku dla istot żywych, dlaczego mam szanować tych, którzy nie szanują siebie? - spytał prześmiewczo "łowca nagród".

- Ten żart wszechświata to coś czego nigdy nie będę w stanie pojąć - odparł mu Sten.

- Moja ranga w zakonie czy to, że większość mieszkańców galaktyki to jednak zwierzęta, które zrobią wszystko by przetrwać, tylko po prostu część z nich nauczyła się latać z jednego fragmentu kosmicznego pyłu na drugi i budować narzędzia mordu? - zapytał odziany w czerń facet.

- To pierwsze - odpowiedział mu rozmówca.

Szli tak przez chwilę, mijając grupę młodzików udających się na szkolenie walki z mistrzem Yodą, obaj jedi byli jednak nieco zdziwieni faktem, że "staruszka" nie ma wraz z adeptami, a zamiast tego byli oni prowadzeni przez zdecydowanie starszą od młodzików, ale wciąż młodą, niebiesko-skórą twi'lek'ańską padawankę. Mężczyzna w czerni, aby jeszcze bardziej dopiec swemu towarzyszowi, obejrzał się za dziewczyną i bardzo chętnie spuścił swój wzrok na jej, pośladki odziane w przylegające do ciała czarne spodnie.

- Mógłbyś chociaż w świątyni zachowywać się jak należy? - spytał wściekle Sten.

- A mógłbyś chociaż w świątyni dać sobie na wstrzymanie ze swoim prawieniem morałów? - spytał brunet, wyraźnie dając swym znudzonym tonem głosu, do zrozumienia starszemu koledze, że ma w głębokim poważaniu jego rady.

- Nie zdziwiło cie to? - spytał Sten.

- Co takiego? - spytał partner konwersacji.

- Zwykle Yoda woli jednak samemu odprowadzać młodzików na te treningi. Gada z nimi, dowcipkuje, na swój pokręcony sposób, a teraz... - tutaj wtrącił się brunet.

- A teraz posyła tam niebieściutką dziewuchę, ze ślicznym tyłeczkiem?

- Powiedzmy - odparł Sten.

- Coś się spieprzyło, poważnie spieprzyło, na tyle poważnie żeby Yoda się tym zainteresował - odparł mu facet w płaszczu.

- I ani trochę cię to nie obchodzi? - zdziwił się Sten i zaraz dodał - Zwykle jesteś pierwszym, który rwie się do walki.

- Sten, ja po prostu nie widzę sensu w tej zabawie w zgadywanki. Pójdziemy do odbiorników, spotkamy się ze staruszkiem i kimkolwiek kto tam jeszcze będzie, dowiemy się co dokładnie się stało i wtedy zastanowimy się, czy chcemy się tym zająć - odparł nagle łagodnym i spokojnym głosem, niepodobnym do przemądrzałego tonu jakiego używał jeszcze przed chwilą, brunet.

- Ty pójdziesz Esterach, ja po ostatniej akcji mam cie dość, muszę odpocząć, spędzić trochę czasu w świątyni, pomedytować, z daleka od ciebie i twojego destrukcyjnego wpływu - powiedział jedi zmęczonym głosem.

- Ehhh dobra marudo, więcej zabawy dla mnie - powiedział Esterach i wystawił swemu towarzyszowi rękę na pożegnanie - Miłej medytacji nudziarzu.

- Postaraj się żeby cie nie złapali, nie chce mi się cie znowu ratować - odpowiedział śmiertelnie poważnym głosem Sten, mocno ściskając dłoń swego towarzysza.

Esterach tylko się uśmiechnął i żegnając się ze swym towarzyszem skinięciem głowy, udał się w kierunku świątynnej stacji komunikacyjnej, spodziewając się właśnie tam zastać mistrza Yodę.

__________________________________________________________________________________________________________

- Moc, wskaże do rozwiązania problemu, drogę nam - powiedział Yoda, do pozostałych stojących w pomieszczeniu jedi.

Wszyscy stali zebrani dookoła stołu z wbudowanym w niego projektorem holograficznym. Byli tutaj: mistrz Yoda, jak zwykle wspierający się na swej lasce, mistrz Windu, który obdarzał całą salę swym czujnym spojrzeniem, mistrzyni Luminara zachowująca wyjątkowo stoicką postawę, chociaż dało się w niej dostrzec nutkę zaniepokojenia oraz spoglądająca na całą sytuację z przestraszoną i smutną miną Jocasta Nu. Wszyscy wpatrywali się w zapętloną wiadomość odtwarzaną na projektorze. Sama projekcja przedstawiała natomiast tholothiańską dziewczynę, kulącą się za jakąś formą osłony. Osmalone ubranie i głowa sugerowały wydostanie się z jakiegoś pożaru, wykrzywiona w grymasie bólu twarz ukazywała, że musi być ona ranna, chociaż z powodu umiejscowienia jej holo-komunikatora, nie można było ocenić jej stanu, łzy ściekały po jej policzkach, a ona sama wciąż mówiła do komunikatora, niestety został on najprawdopodobniej uszkodzony w walce, gdyż głośniki nie odtwarzały żadnego dźwięku, sam sygnał wizualny także nie był najlepszej jakości, co chwila go przerywało, na skutek czego nie było mowy o odczytaniu słów dziewczyny z ruchu warg. Nagle trwająca niecałą minutę wiadomość urwała się, smuga światła nad głową dziewczyny, sugerowała, że ktoś otworzył do niej ogień z blastera, wtedy też wiadomość zaczęła odtwarzać się na nowo.

- Z całym szacunkiem mistrzu Yodo - odpowiedziała Luminara i kontynuowała - Ale mistrz Aunar wyruszył w bardzo niebezpieczny teren, systemy Atlastaru to ogromne siedlisko piratów, bandytów, łowców nagród i kto wie czego jeszcze, nie możemy wykluczyć... - tutaj wtrącił się Mace Windu.

- Nie możemy wykluczyć, że mistrz Aunar zginął, a nawet jeśli został pojmany, albo nadal żyje i jest na wolności, to sytuacja ewidentnie wymknęła się spod kontroli, a ta dziewczyna potrzebuje naszej pomocy.

- I pomoc otrzyma, mistrzu Windu, cierpliwi być musimy, ześle moc odpowiedź na problem nasz - odparł Yoda spokojnym głosem.

Trójka pozostałych w pomieszczeniu jedi spojrzała na siebie porozumiewawczo, zrozumieli, że Yoda ma na myśli konkretne rozwiązanie, chociaż jeszcze go nie poznali. Skoro jednak mistrz nie raczył podzielić się z nimi, jakie dokładnie jest to rozwiązanie, mogli spodziewać się dwóch rzeczy, że pojawi się szybko i im się nie spodoba. Jak na potwierdzenie ich obaw, drzwi od sali otworzyły się, a wtedy do sali raźnym krokiem wszedł Esterach, dokładnie w tym momencie Jocasta Nu wyłączyła nagranie. Cała trójka jedi spojrzała w tej chwili z niedowierzaniem na Yodę.

- Mistrzu, czy jesteś pewien, że właśnie tego rozwiązania szukamy? - spytała Luminara.

- Uuu powiało chłodem, może jednak wyjdę? - spytał Esterach i zrobił krok do tyłu.

- Zostać musisz Esterachu, zdolności dokładnie jakich nam potrzeba tu, posiadasz ty - odpowiedział mu Yoda.

Tym razem nawet Esterach nie krył zdziwienia, a jego oczy mimowolnie powiększyły się optycznie na tle jego twarzy. "Cudnie, a więc w końcu znaleźli misję, która mnie zabije, no cóż, nie mogę powiedzieć żebym miał złe życie" pomyślał Esterach i już chciał się odezwać, gdy nagle mistrz Windu zwrócił się do niego.

- Jak przebiegła twoja misja?

- Emmm, dobrze, klany zgodziły się zostawić farmerów w spokoju, poszukają sobie innej ofiary, albo rzucą się sobie do gardeł, jeśli wybiorą opcję numer dwa, to nawet siły policyjne republiki będą w stanie dać sobie z nimi radę - odpowiedział, niemalże jednym tchem Esterach.

- Niesamowite osiągnięcie mistrzu, a czy możesz nam opisać, jak dokładnie udało ci się to osiągnąć? - spytała Luminara.

- No cóż, odrobiną perswazji, urokiem osobistym i niewielką ilością subtelnego nacisku - odparł Esterach, a mówiąc ostatnie słowa, powoli przejechał rękojeścią swego miecza świetlnego po swoim gardle.

- Czyli jak zwykle, zmasakrowałeś przeciwnika, Esterach, to nie jest droga jedi - odparł gniewnie Mace.

- O, wypraszam sobie, tym razem to Sten spieprzył sprawę, ja po prostu uprzedziłem fakty - obruszył się Esterach.

Mistrzowie ponownie spojrzeli na siebie ze zdziwieniem i zaczęli już nieco ostrożniej dobierać pytania i rzucać oskarżenia.

- Co masz na myśli mówiąc, że uprzedziłeś fakty? - spytała Luminara.

- Złapałem za miecz szybciej, niż oni za swoje blastery - odparł szybko Esterach.

- Czyli jak zwykle - skomentowała prześmiewczo miralanka.

- Nie, tym razem nie - zaprzeczył Esterach i zaraz dodał - Jak już powiedziałem, tym razem to Sten spieprzył sprawę.

Mistrzowie obdarzyli się wymownymi spojrzeniami, po czym tak samo spojrzeli na mężczyznę, widząc ich reakcję Esterach postanowił nie czekać na dalsze, męczące go już pytania i postanowił rozwinąć odpowiedź.

- No wiecie, kiedy jesteście otoczeni przez bandę, nabuzowanych, wiecznie chętnych do walki, w tym wypadku ze sobą, bo sami wpakowaliście na jedno spotkanie chyba wszystkie nienawidzące się klany, wojowników, którzy chociaż dość rozwinięci żeby postawić hipernapęd i zmontować dość dobrze latające okręty, ale jednocześnie zbyt głupią by zająć się własnym światem i postawić tam jakieś godne uwagi ośrodki mieszkaniowe, a na dodatek sama rasa ma fioła na punkcie honoru i to do tego stopnia, że są gotowi mordować własne dzieci aby utracony honor odzyskać, zasugerowanie, celowo lub nie, że jeden z owych wodzów jest słabym wojakiem, lub zarzucenie mu niehonorowego postępowania, nie jest najlepszym sposobem na prowadzenie rozmowy. Sten jeszcze jakiś czas łudził się, że da się to zakończyć pokojowo, ja wolałem nie czekać na strzał w plecy albo w twarz.

Opowieść Esteracha, jakkolwiek nieprawdopodobna, a przynajmniej w punkcie gdzie to stoicki Sten, a nie on, który uwielbiał ubliżać przeciwnikom i prowokować ich do walki, była opowieść nietypowo odzianego jedi, mistrzowie nie wyczuwali w jego słowach kłamstwa. Zresztą Esterach nigdy nie kłamał odnośnie tego co zrobił, jego prawdomówność była jednak równie godna pochwały co zatrważająca, ponieważ często opowiadał on o stoczonych przez siebie bojach, nie kryjąc dumy z faktu, że odebrał komuś życie, lub zwyczajnie pokonał w walce i pojmał. Porażki lubił natomiast przekuwać w żart, co wyrobiło mu w zakonie opinie nierozważnego, porywczego, aroganckiego i agresywnego rycerza, a cały efekt dodatkowo potęgowały częste zatargi z innymi mistrzami i bardzo lekceważąca postawa wobec reguł zakonnych. Tak naprawdę rada nie wydaliła go z zakonu z dwóch powodów, po pierwsze był bardzo skuteczny w tym co robił i naprawdę bardzo rzadko zdarzało się by potrzebował pomocy, a po drugie doskonale wiedział jak bardzo radykalne są jego poglądy i z tego powodu, aby nie zatruwać umysłów młodych padawanów i rycerzy, świątyni jedi unikał jak ognia, pojawiając się tam niezwykle rzadko, a nawet wtedy, w czasie swych krótkich wizyt unikał rozmów z kimkolwiek innym niż pozostali mistrzowie. Sytuacji wcale nie ułatwiało też jego pochodzenie, co w oczach wielu było przyczyną takiego a nie innego zachowania z jego strony.

- A więc to nowe wdzianko, to trofeum poskładane z tego co zebrałeś z poległych? - spytała Luminara.

- Nie, to nowe wdzianko kupiłem właśnie dlatego, że wiedziałem gdzie się wybieram - odpowiedział Esterach i śmiejąc się dodał - A co podoba ci się? Wiem gdzie można tanio dostać, wersje dla kobiet też dostanę.

- Esterach, wiesz co prawo zakonu mówi na temat noszenia pancerzy? - spytał poważnym głosem Mace Windu.

Mężczyzna zamyślił się przez chwilę, po czym odrzekł mistrzowi:

- Jak znam życie, to nic sensownego. A co?

- Esterach poprzysięgliśmy być strażnikami pokoju, dlatego odrzuciliśmy wszelkie elementy świadczące o tym, że jesteśmy wojownikami, takie jak chociażby pancerze bojowe - odpowiedział mu gniewnie mistrz Windu.

- Oh, wybacz mistrzu, że postanowiłem tylko zadbać o moje bezpieczeństwo i przedłużyć swą egzystencję wśród żywych, z pomocą tak haniebnego wynalazku jakim jest pancerz, w końcu jesteśmy strażnikami pokoju, wcale nie mamy do czynienia z uzbrojonymi po zęby bandytami, mordercami, gwałcicielami, handlarzami żywym towarem i łowcami nagród, którzy tylko czekają by wpakować w nas serie z blastera, że już o wolących przyoszczędzić na służbach policyjnych politykach, notabene odpowiedzialnych za wszystkie te spotkania nie wspomnę - oparł mu prześmiewczo Esterach.

- Z czystej ciekawości, takie pancerze naprawdę ci się przydają? W końcu tak potężny rycerz jak ty, nie powinien mieć najmniejszych problemów z odbijaniem blasterowych pocisków, prawda? - skontrowała sarkastycznie Luminara.

- Sama oceń - odpowiedział Esterach rozchylając płaszcz i obnażając trzy osmalone ślady po trafieniach blastera, po czym dodał - Na plecach mam jeszcze cztery - a następnie obrócił się ukazując wszystkim w pomieszczeniu nadpalony u dołu, najprawdopodobniej przez miotacz ognia, materiał płaszcza i zakończył słowami - Tak, przydaje się, nie masz pojęcia jak często ratował mi życie w trudnych sytuacjach i dlatego ja wyszedłem z tamtego starcia bez szwanku, chociaż wziąłem na siebie cały początkowy atak, a Sten będzie potrzebował jeszcze dwóch tygodni rehabilitacji aby wrócić do zdrowia.

W sali zapadła niezręczna cisza, jaka zwykle zapada kiedy Esterach wdaje się w ciekawszą wymianę zdań z którymś z mistrzów. Widząc w jakim stanie jest strój Esteracha, Yoda zamyślił się na moment i w końcu on jako pierwszy przełamał ciszę jaka zapadła.

- Pancerz nowy, potrzebny ci być może, Atlastar groźniejszym znacznie od poprzedniego, w którym byłeś, miejscem jest.

- Atlastar? - zdziwił się Esterach, po czym parsknął śmiechem i bardziej do siebie niż do pozostałych powiedział - A więc znaleźliście wreszcie sposób, żeby pozbyć się mnie na dobre, no no, Atlastar, cóż przynajmniej nie umrę nudną śmiercią.

- Znasz ten teren? - spytała Luminara zaplatając dłonie na ramionach.

- Jedno z największych siedlisk morderców, bandytów, łowców głów, handlarzy niewolników, przemytników i piratów w galaktyce, skupionych głównie wokół zeltrońskich burdeli? - odpowiedział pytaniem Esterach i po chwili udawanego zamyślenia odparł - W życiu nie słyszałem.

- A jakże - powiedziała pod nosem Luminara i spuszczając wzrok.

- A mogę wiedzieć, cóż takiego się wydarzyło, że postanowiliście posłać mnie wprost do strefy śmierci? - spytał Esterach.

- Mistrz Aunar, do Atlastaru udał się, aby twi'leków porwań, sprawę wyjaśnić - odpowiedział mu Yoda.

Słysząc te słowa Esterach wybuchnął gromkim śmiechem, Esterach słyszał o problemie już dużo wcześniej, zignorował jednak sprawę, mówiąc reszcie rady, że porwane dziewczyny już zapewne nie żyją, a nawet jeśli żyją to uratowanie ich jest praktycznie niemożliwe. Euforyczny stan jaki go dopadł utrzymywałby się pewnie jeszcze przez długi czas, gdyby nie kolejna wypowiedź mistrza Yody.

- Z nim wraz, padawanka Shelemi udała się.

Uśmiech na twarzy Esteracha zniknął momentalnie, zastąpił go poważny i groźny wyraz twarzy.

- Gdzie ona jest? - spytał jedi o wiele cichszym, jednak pełnym znacznie intensywniejszego, upiornego ładunku emocjonalnego.

- Otrzymaliśmy tylko tę wiadomość - wtrąciła się nagle milcząca cały ten czas Jocasta Nu, odtwarzając na nowo wysłaną przez padawankę wiadomość - Nie wiemy jak stara jest ta wiadomość, możliwe, że blokowali sygnał, sam komunikat jest bardzo zniekształcony, nie wiemy niemalże niczego, nie jesteśmy w stanie podać nawet dokładnej lokalizacji.

Esterach zaczął przyglądać się wiadomości, patrzył na przestraszoną dziewczynę, na jej usta, na jej oczy, obdarte na lewym kolanie, będącym jednym z nielicznych widocznych na nagraniu elementów ciała, ubranie i ranę w owym miejscu. W pewnym momencie coś zwróciło jego uwagę, na samym końcu nagrania, Esterach szybko zatrzymał wiadomość i przewiną ją do interesującej go chwili, dostrzegł symbol przedstawiający humanoidalną, dla nieznających Atlastaru, ludzką tancerkę, wygiętą w bardzo charakterystycznej pozie. Uśmiech ponownie zagościł na jego twarzy, a zaciekawieni mistrzowie bardzo chcieli widzieć co tak ucieszyło, jeszcze przed chwilą rozgoryczonego mężczyznę.

- Domyślam się, że poznajesz symbol - zaczął mistrz Windu.

- Dobrze się domyślasz Mace - odpowiedział Esterach, jak zwykle wykazując brak szacunku wobec mistrza Windu i kontynuował swoją wypowiedź - Każdy burdel w Atlastarze ma jakiś znak handlowy, najczęściej zeltrońską tancerkę w jakiejś pozie, to że dziewczyna była w pobliżu jednego z nich, powinno w zupełności wystarczyć do rozpoczęcia poszukiwań.

- Zamtuz? Po co Aunar miałby tam iść? - zdziwiła się Luminara.

- Bo był nieznającym reguł jakimi rządzi się tamto miejsce idiotą i pomyślał, że kupi tam informację, których potrzebował. W sumie rozumowanie całkiem dobre o ile znasz panujące tam obyczaje, bo jeśli nie, to równie dobrze możesz wołać "Hej jestem jedi! Chodźcie mnie zabić!" - odpowiedział szybko Esterach.

- Był? Esterach nie możemy od tak zakładać, że mistrz Aunar nie żyje... - mówił Mace Windu, jednak w tym momencie jedi w pancerzu przerwał mu w pół zdania.

- Ja tego nie zakładam, ja to wiem, Shel też najprawdopodobniej już nie żyje a szukać jej idę tylko dlatego, że to ja sprowadziłem ją do świątyni i nie pozwolę, żeby przeze mnie zdechła, o ile rzeczywiście jakimś cudem jeszcze żyje - odpowiedział gniewnie Esterach i dodał - Pójdę tam i sprowadzę ją z powrotem, albo chociaż przyniosę wam jej zwłoki do spalenia - zakończył po czym skierował się w stronę wyjścia.

- Wstrzymaj się Esterach, jedna rzecz jeszcze do omówienia jest - zatrzymał go Yoda.

- Co takiego? - spytał jedi.

- Misja ta, niebezpieczna jest, ktoś do pomocy, potrzebny ci będzie, samemu wyruszyć nie możesz - odparł mistrz.

- A kto będzie dość szalony, żeby ruszyć ze mną do tej kostnicy? - zażartował Esterach.

Wtedy drzwi do pomieszczenia otworzyły się, a do pomieszczenia weszła niebiesko-skóra ubrana w czarny strój, na który składały się czarne, spięte szarym pasem, do którego przypięty był miecz świetlny, spodnie, przylegający do ciała top, którego materiał ciągnął się aż do szyi twi'lekany, tej samej, za którą Esterach oglądał się kiedy jeszcze szedł u boku Stena. Z radosnym uśmiechem na ustach weszła do sali, w której przebywali mistrzowie.

- Czyli nie szalony tylko nieświadomy, cudnie - powiedział brunet pod nosem.

- Odprowadziłam młodzików na zajęcia i przygotowałam dla nich trening mistrzu Yodo - zaczęła dziewczyna swoim łagodnym głosem.

Esterach spojrzał na nią i zaczął uważnie studiować jej wygląd, nie była wysoka, ani niska, treningi fundowane przez zakon sprawiały, że miała niezłą figurę i najwyraźniej lubiła się nią chwalić, albo lubiła przylegające do ciała ubrania, nie miało znaczenia, tak samo jak delikatne ręce i gładka cera. Miała typowo twi'lekańskie rysy twarzy, różowe oczy, niewielki zadarty nos, nie posiadała znaków szczególnych, sprawiała jednak wrażenia łagodnej, miłej i co bardzo ważne, niewinnej istotki. Z pewnością nie była jeszcze nawet rycerzem, nie mówiąc już o tytule mistrza. Esterach spojrzał na nią, a następnie wskazując palcem na dziewczynę odwrócił wzrok w stronę Yody i potrząsnął głową. Yoda natomiast jedynie się zaśmiał i kiwnął głową. Na ten widok zarówno Luminara jak i Mace Windu z niedowierzaniem zwrócili swój wzrok na Yodę.

- Doskonale Nyiaro - powiedział Yoda i kontynuował - Zadanie od rady jedi, otrzymasz teraz. Twoja ostatnia i najtrudniejsza próba, będzie to, jeśli podołasz, rycerza jedi rangę otrzymasz.

- A jeśli zawiedziesz to zostaniesz zgwałcona, zamordowana, wypatroszona i rzucona Atlastarskim ścierwo-żmijom na pożarcie - wtrącił się, opierający się o stół holograficzny Esterach, z rękami założonymi na ramionach, który po chwili zastanowienia dodał - Niekoniecznie w tej kolejności jaką podałem.

- Jak zawsze delikatny - skomentowała Luminara.

- Przynajmniej szczery - dodał Mace Windu.

Dziewczyna spojrzała najpierw na Esteracha, potem na miralankę i mistrza Windu, by ostatecznie zwrócić swój wzrok na mistrza Yodę.

- Mistrz Esterach, opiekował się tobą w trakcie tej misji będzie, słuchać jego rozkazów masz - kontynuował niezrażony komentarzami Yoda.

- Nie, mistrz Esterach nie będzie się tobą opiekował, bo będzie zbyt zajęty pilnowaniem, żeby jego samego nic nie zeżarło, albo żeby nikt go nie zastrzelił - ponownie wtrącił się Esterach.

- Em, proszę wybaczyć śmiałość mistrzu Yodo, ale czy mistrz Esterach na pewno chce abym ruszała z nim na tą misje? Nie wydaje się zbyt chętny, delikatnie mówiąc - odpowiedziała padawanka.

- Nie, mistrz Esterach uważa, że to debilny pomysł, a do świątyni w najlepszym razie wrócą twoje zwłoki, ale kim ja jestem, aby sprzeciwiać się woli rady jedi? - odpowiedział z krzywym uśmieszkiem Esterach.

- Wyjątkowo zgadzam się z Esterachem, Atlastar to... trudny teren, zwykły padawan może tam sobie nie poradzić, zwłaszcza mając u boku kogoś takiego jak Esterach - wtrąciła się Luminara.

- Próba nie tylko dla Nyiary, lecz także dla Esteracha, jest to właśnie - powiedział Yoda, wyraźnie zwracając tym na siebie uwagę Esteracha i pozostałych mistrzów, widząc, że zyskał zainteresowanie wszystkich obecnych w sali mistrz kontynuował swoją wypowiedź - Pokory, cierpliwości, troski o życie innych, nie własne tylko, Esterach musi nauczyć się, przez lata szkolenia padawana nie podjąłeś się.

- Tak i nie bez powodu, mam wam przypomnieć jak to się skończyło ostatnim razem? - spytał wyraźnie poruszony Esterach.

- Dość czasu miałeś, by nauczyć się, jak starych błędów nie popełnić, wiarę w ciebie mam Esterach, że wyzwaniu podołasz i przeszłość wyprzesz z umysłu swego - odpowiedział Yoda.

Esterach wziął ciężki wdech i ponownie spojrzał na wyraźnie zaniepokojoną padawankę, wbijającą w niego teraz swój wystraszony wzrok. Mężczyzna zastanawiał się jeszcze przez moment, po czym raptownie dobył swego miecza świetlnego. Żółta klinga błysnęła w pomieszczeniu i szybciej niż może dostrzec oko normalnego człowieka zaczęła spadać ukośnie na ciało dziewczyny. Nyiara w ostatniej chwili odpaliła swój miecz, a jej błękitne ostrze zablokowało potężny cios Esteracha centymetry od jej ciała. Siła z jaką spadło na nią uderzenie mocno zachwiała dziewczyną, zdołała ona jednak zachować równowagę, chociaż przyszło jej to z wielkim trudem. Esterach wycofał ostrze i wyłączył swój miecz. Naturalnie to zachowanie wprawiło we wściekłość pozostałych mistrzów, bo chociaż wiedzieli oni, że Esterach w porę zatrzymałby swoje ostrze, takie straszenie padawana było dla nich po prostu czymś nie do pomyślenia, tylko Yoda zachował spokój, wiedząc, że Esterach zawsze sprawdza każdego padawana jaki ma z nim wyruszyć na misje w podobny sposób.

- Ujdzie - powiedział mężczyzna i kontynuował. - Pakuj się, masz trzy godziny, weź ze sobą tylko to co uważasz za niezbędne, sporo kredytów i jakieś szaty, które zakryją twoje ciało, chyba, że chcesz się tłuc z każdym mężczyzną jakiego tam spotkasz, radziłbym przy okazji się pożegnać, bo istnieje spora szansa, że już tutaj nie wrócisz, nie wyrobisz się, to lecę bez ciebie. Jakieś pytania?

- Tylko jedno mistrzu - powiedziała niepewnie dziewczyna - Co się stało z twoim ostatnim padawanem?

Esterach tylko się uśmiechnął i wyszedł z sali. Dziewczyna spojrzała na mistrza Yodę, ten jednak jedynie skinął głową, dając jej znak by ruszyła za mistrzem.

- Spokojnie - powiedziała Luminara do dziewczyny i zaraz dodała - On tylko tak mówi, kiedy przyjdzie do walki, nie da cie tknąć.

Nyiara uśmiechnęła się i skinięciem głowy podziękowała za informację, po czym wyszła z sali.

- Ehhh, mandaloriańska krew - powiedziała Jocasta Nu.

- Mandaloriańska krew - powtórzyła za nią Luminara.

__________________________________________________________________________________________________________

Chwilę wcześniej Esterach skończył czytać dokładne informację o misji Aunara. Teraz stał przy świątynnych hangarach podrzucając w ręku swój miecz. Miał na sobie długi kremowy płaszcz, przykrywający większość ubioru pod spodem, jednak wciąż ukazujący nowy już pancerz osłaniający najważniejsze organy, a także nogi i najprawdopodobniej ręce, chociaż sięgające do kciuków rękawy uniemożliwiały zauważenie ostatniego z wymienionych elementów. Na głowie natomiast nosił brązowy kapelusz. W ustach trzymał sterczącą z nich żujkę, dość popularny rekwizyt, wśród zamożniejszych przedstawicieli kryminalnego pół-świadka. Wchłaniane przez skórę na języku substancje narkotyczne uderzały skuteczniej, szybciej i były mniej szkodliwe niż większość substancji dożylnych lub wykorzystujących drogę dymną. Naturalnie ta, którą miał Esterach była podróbą, mającą jedynie wyglądać na prawdziwą, a przynajmniej tak utrzymywał jedi, nikomu jednak nie paliło się do sprawdzania czy to prawda.

- Jak kazałeś mistrzu - powiedziała twi'lek'ana zasłaniająca swe ciało długimi, czarnymi szatami zakonu.

Esterach zaśmiał się i wszedł z dziewczyną do hangaru.

- Rada przydzieliła nam... - chciała powiedzieć Nyiara, lecz Esterach nie dał jej dokończyć.

- Nieważne i tak lecimy moim, nie zestrzelą nas na wejściu. Chodź.

- Tak mistrzu - powiedziała dziewczyna i pokornie podążyła za Esterachem.

Szli przez wielką halę, na której znajdowały się dziesiątki pojazdów kosmicznych, w pewnym momencie twi'lek'ana dostrzegła mandaloriański Kom'rk. Esterach uśmiechnął się na widok jej zdziwionej miny i przyspieszył kroku.

- To? - spytała dziewczyna, nie dowierzając w to co widzi.

- Tak jest, moje kochane maleństwo! - powiedział radośnie Esterach i ruszył w kierunku pojazdu.

Kiedy tylko jedi zbliżyli się do pojazdu klapa maszyny otworzyła się a na powitanie dwójce rycerzy wyszedł robot. Przypominał swą budową człowieka o bardzo wąskiej talii niewiele szerszej klatce piersiowej. Droid był szczelnie opancerzony, chociaż samo opancerzenie nie wyglądało tak topornie jak zwyczajna obudowa jakiej używają jednostki bojowe; wkradło się tutaj miejsce na odrobinę artyzmu, płyty pancerza były nakładane na siebie w sposób przemyślany, tworząc misterną mozaikę, zachodzących kolejno na siebie płytek, tworzących coś na kształt łuski, szczelnie zespawanej ze sobą, a może wytłoczonej z jednego elementu? Sam droid był też bardzo ozdobiony, jego stylizowane na ludzkie dłonie, miały jednak bardzo szeroki odcinek między nadgarstkiem a łokciem, nieco szersze były także łydki, a na plecach maszyny dziewczyna dostrzegła odstające elementy, chociaż mogła tylko zgadywać co jest powodem takiego stanu rzeczy, domyślała się, że są to jakiegoś rodzaju narzędzia mordu.

- Kapitanie Esterach! - powiedział droid i zasalutował mistrzowi.

- Spocznij Poruczniku - odpowiedział Esterach, na co droid ułożył dłonie wzdłuż ciała.

- Stan jednostki? - spytał jedi.

- Drużyna jest gotowa do walki kapitanie, jednostka jedenasta wymagała naprawy pancerza, jednak nie był to dla nas problem. Sam statek jest natomiast zatankowany, jego tarcze naładowane, a przegląd nie wykazuje, żadnych problemów ze sprawnością maszyny, pozwoliłem sobie także uzupełnić zasobniki z amunicją - odpowiedziała maszyna.

- Wybornie, wskakuj na pokład, czeka nas ciężka misja! - powiedział Esterach, na co droid jedynie oddał mu salut i wszedł na pokład maszyny.

- Co to za droidy? - spytała Nyiara, zdziwiona ich drygiem bojowym.

- Kumpel robi takie i podobne, jako ochroniarzy dla szych z senatu, kosztują krocie, ale dla kolegi z zakonu, co od czasu do czasu pomaga mu skołować nie do końca legalne dobra, mam sporą zniżkę - powiedział Esterach i uśmiechnął się do dziewczyny.

Weszła do środka i zastała całą drużynę podobnych do spotkanej przed pojazdem maszyn. Droidy były znacznie mniej ozdobione niż ich poprzednik, ale kunszt wykonania ich elementów, nie ustępował ani trochę temu, którego spotkała na początku. Na jej najbardziej ozdobiony z blaszaków podszedł do dziewczyny, wystawił dłoń na przywitanie i powiedział:

- Witaj mistrzu jedi, jestem Sierżant, cieszymy się, że możemy cię gościć na naszym pojeździe, zdradzisz nam swoje imię, czy też wolisz pozostać w naszych rejestrach po prostu mistrzem jedi?

- Oh, nie jestem mistrzem - zaczęła twi'lek'ana ściskając dłoń droida i kontynuowała - Prawdę mówiąc nie jestem jeszcze nawet rycerzem. Jestem padawanka Nyiara, mistrz Esterach ma mnie zabrać i pomóc mi w przejściu mojej ostatniej próby.

Maszyny spojrzały najpierw na siebie nawzajem, a następnie ponownie skierowały swój wzrok na dziewczynę, w końcu Sierżant zapytał:

- Przepraszam bardzo, czy to błąd w naszym oprogramowaniu, czy powiedziała pani, że jest padawanem?

- Tak, jestem padawanem, a co? Miewacie ich tu tak rzadko, że budzą aż takie zdziwienie? - zażartowała dziewczyna, widząc jednak, że maszyny stale się na nią gapią powiedziała tylko - To ja, lepiej pójdę do Esteracha - i pędem rzuciła się do kokpitu pojazdu.

W kokpicie Esterach siedział już na jednym z czterech foteli, dwa inne były zajmowane przez droidy, w tym poznanego już przez Nyiarę Porucznika, podczas gdy ten bezpośrednio obok Esteracha pozostawał pusty. Dziewczyna widząc zapraszający gest swego nowego mistrza usiadła obok niego, wtedy też jedi odpalił silniki i powoli opuścił hangar, kierując swój statek na orbitę. W kokpicie panowała grobowa cisza, mącona jedynie buczeniem urządzeń pokładowych i od czasu do czasu akustycznych znaków gotowości kolejnych podzespołów. W końcu kiedy już statek znalazł się na orbicie odezwał się Porucznik:

- Kurs kapitanie?

- Atlastar - powiedział Esterach.

- Jedynka - dodał po chwili.

Droidy popatrzyły na siebie i niechętnie zaczęły ustawiać kurs.

- To był zaszczyt służyć u pana boku - powiedział Porucznik.

- I z wami dobrze mi się walczyło - odpowiedział Esterach, wtedy statek skoczył w nadprzestrzeń.

Rozdział I Różowa Dama

Kiedy tylko okręt Esteracha wyszedł z nadprzestrzeni natychmiast został powitany przez dwie lecące w jego kierunku jednostki. Nieregularna i niedbała konstrukcja pojazdów sugerowała, że zostały one ze zbudowane na miejscu, albo są poważną przeróbką, której pierwowzoru nijak nie dało się rozpoznać. Były małe, szybkie, zbudowane na planie litery u, gdzie kokpit był umieszczony na tyłach pojazdu, nad silnikiem podczas gdy stelaż pojazdu trzymał przed sobą dwa wygięte ukośnie na zewnątrz płaty, na których znajdowały się dwa działka, po jednym na skrzydle, będące główną bronią pojazdu. Nawet jeśli miały one jakiś generator pola siłowego, to z pewnością było ono słabe, zdecydowanie za słabe na kaliber jego pojazdu. Mimo wszystko Esterach wolał nie wdawać się w niepotrzebną walkę i zaczekał na komunikat powitalny.

Jego pojazd już po chwili odebrał sygnał przychodzący, na której transmisje jedi natychmiast pozwolił. Projektor wyświetlił twarz rodianina, który już od pierwszych sekund rozmowy uważnie przyglądał się dwójce istot jakie zobaczył i o ile widok Esteracha nie spowodował żadnej reakcji z jego strony, o tyle strój Nyiary wyraźnie zwrócił jego uwagę, chociaż mogła to być też zwykła reakcja na widok samicy tego gatunku siedzącej za sterami pojazdu. Twi'lekanie na Atlastar byli zwykle przywożeni w klatkach, a kobiety rzadko miały wtedy na sobie coś innego niż bieliznę.

- Tutaj siły porządkowe Atlastaru! Przedstaw się i podaj cel wizyty albo otworzymy ogień! - zaczął agresywnie rodianin.

Esterach uśmiechnął się na jego powitanie i spokojnym tonem odparł:

- Kapitan Esterach, cel wizyty... - mężczyzna zamyślił się przez chwilę i powiedział - Sprawa osobista.

- Osobista - powtórzył rodianin, po czym obdarzył Nyiarę zimnym spojrzeniem i gniewnie spytał - Czy zakonna?

- Osobista, wierz mi, osobista - powiedział Esterach również groźnym tonem.

- Niech ci będzie, tylko nie pozabijaj tutaj zbyt wielu osób, dok numer trzynaście - powiedział rodianin i nie czekając na odpowiedź zakończył transmisję.

Momentalnie dwa myśliwce, które siedziały na ogonie mandaloriańskiego statku teraz przyspieszyły i wróciły na planetę pozostawiając Esteracha w spokoju.

- Siły porządkowe? - zdziwiła się twi'lekanka i zaraz dodała - Mówiłeś, że Atlastar to siedlisko bezprawia.

- Bo jest siedliskiem bezprawia, ale nawet anarchiści potrzebują jakiejś strefy gdzie nie muszą się bać o to, że ktoś na miejscu zacznie do nich strzelać, a przynajmniej gdzie ta obawa jest mniejsza, gdzie mogą pohandlować, wymienić informację, odpocząć, spędzić czas w... "miłym towarzystwie", ogółem strefy w której nie zabijają się tak często jak zwykle. Jedynka była najlepiej rozwinięta, miała lotniska, zalążki osiedli mieszkaniowych, w końcu liderzy największych band się spotkali i ustalili, że Jedynka będzie strefą neutralną, jak w całym kosmosie leją się po mordach, tak tutaj mogą usiąść przy jednym stole i napić się gorzały. Ustalili więc, że każdy da jakieś siły, sformowali z tego siły porządkowe, które w praktyce są po prostu kolejną bandą piratów, tylko opłacaną przez wszystkie pozostałe, więc nie muszącą strzelać do wszystkiego co wejdzie na orbitę - wytłumaczył Esterach.

- I to działa? - zdziwiła się Nyiara.

- Lepiej niż większość ustaw senatu - odparł jej mężczyzna.

- A co jak jakaś z tych band złamie tą umowę? Spróbuje przejąć kontrolę nad całością, albo coś podobnego? - zapytała dziewczyna.

- Wtedy - zaczął Esterach - Wszystkie pozostałe atakują jej ośrodki na planecie, wybijają wszystkich ludzi jacy do takowej należą i na miejscu niszczą każdy statek owej frakcji jaki pojawi się nad planetą. Po Altlastarze krąży nawet historia, że jeden chojrak spróbował kiedyś podbić całą Jedynkę, z planu ostatecznie nic nie wyszło, bo jego właśni ludzie zatłukli go zanim zaatakował innych. Co nie znaczy, że nie dochodzi tutaj do walk. Jedynka ma własne, lokalne gangi, które co chwila leją się albo między sobą, albo z przyjezdnymi. Atlastar to idealne miejsce żeby pojednać się z każdą bandą przestępczą tego regionu galaktyki, albo u każdej z nich napytać sobie biedy - zakończył mistrz.

- Myślisz, że nam się uda? - spytała padawanka.

- Zależy - odparł Esterach.

- Od czego? - zapytała Nyiara.

- Od tego czy będziesz się mnie słuchać - odpowiedział mężczyzna.

__________________________________________________________________________________________________________

Statek płynnie wślizgnął się do niewielkiego, słabo oświetlonego hangaru. Złuszczona farba na ścianach i przerdzewiałe podpory nadawały temu miejscu charakterystycznego, obskurnego klimatu, obecnego na całym Atlastarze. Mimo wszystko, było to jednak jedno z lepszych "publicznych" miejsc do lądowania, jakie do zaoferowania miał Kapitol, nazwany tak od bycia największym i najważniejszym ośrodkiem "cywilizacji" na planecie. Naturalnie były miejsca prywatne, dużo lepsze, kontrolowane przez najważniejsze szychy świata przestępczego i innych "przedsiębiorców", którzy nie mogą sobie pozwolić na utratę majątku na skutek zwykłej grabieży. Takie prywatne hangary to z reguły doskonale utrzymane i świetnie chronione miejsca, na które żadna przypadkowa osoba nie ma wstępu. Esterach nie potrzebował jednak żadnego z takich miejsc, to co otrzymał w zupełności mu wystarczało.

Esterach i Nyiara schodzili po opuszczonej klapie maszyny. Mężczyzna był zdecydowanie spokojniejszy i poruszał się o wiele swobodniej od swojej towarzyszki, która szła szybkim, jednak niepewnym krokiem. Kiedy oboje zeszli i na powierzchnie hangaru Esterach zwrócił się w stronę jednego ze swoich droidów:

- Obstawcie hangar, strzelajcie do wszystkiego co nie będzie nami, albo celami naszej podróży tutaj.

- Tak jest - odpowiedział mu porucznik.

- A ty - Esterach zwrócił się do swojej padawanki - Przestań się bawić w ten tryb incognito i tak wszyscy wiedzą kim jesteś - rzekł po czym energicznym ruchem zdjął kaptur z jej głowy.

- Przepraszam mistrzu - odpowiedziała dziewczyna.

- Nie przepraszaj, po prostu postaraj się na moment zapomnieć o tym co wpoił ci zakon, tutaj nic z tego się nie sprawdzi - odparł jej Esterach.

- Postaram się - odrzekła mu Nyiara.

- Cudownie, a teraz do rzeczy, wzięłaś kredyty jak ci kazałem? - spytał mężczyzna.

- Tak mistrzu - odpowiedziała mu dziewczyna i wyciągnęła niewielką skrzynkę z kredytami.

- Cudownie - powiedział Esterach i dodał podając jej dwa srebrne pierścienie - A teraz załóż to.

- Co to? - spytała dziewczyna.

- Oznaczenie dla niewolnic, wyglądasz jak jedi, lepiej żeby okoliczne bandziory myślały, że jesteś niewolnicą, której zachciało się przebieranek, niż strażniczką pokoju - odpowiedział mężczyzna.

- Rozumiem - powiedziała dziewczyna i pokornie założyła pierścienie na swoje ogony na głowie.

- Świetnie, a teraz idziemy do kantoru - rzekł rycerz.

- Kantoru? - zdziwiła się dziewczyna.

- Tak. Na Atlastarze kredyty, nawet jeśli prawdziwe są warte tyle co nic, musimy je wymienić na jakąś użyteczną walutę - wytłumaczył Esterach.

- Użyteczną walutę czyli? - spytała Nyiara.

- Zobaczysz - odpowiedział Esterach.

__________________________________________________________________________________________________________

Esterach i Nyiara w końcu doczekali się swojego miejsca przy niewielkim okienku małego budynku z żółtym napisem "kantor" nad drzwiami. Po drugiej stronie czekała uśmiechnięta zielono-skóra twi'lekanka o żółtych oczach i delikatnych rysach twarzy, ubrana luźną kremową bluzkę i białe spodnie. Miała łagodny, nieco dziecinny głos a jej twarz zdobił szczery uśmiech. "Nic dziwnego, że się cieszy, większość jej sióstr właśnie tańczy na rurach, oddaje się za pieniądze albo zdycha w męczarniach ku uciesze sadystów z tego popierdolonego świata" pomyślał Esterach.

- W czym mogę służyć? - spytała radośnie dziewczyna.

- Chciałbym dokonać wymiany walut - powiedział brunet i położył dwie skrzynki kredytów na niewielkiej ladzie łączącej jego z jego rozmówczynią.

- Rozumiem - powiedziała twi'lekana i spytała - W jakich porcjach?

- Stosunek dwie trzecie normalne i jedna trzecia barowe - odparł Esterach.

- Oczywiście, już się robi - powiedziała dziewczyna i zabrała obie skrzynki aby przeliczyć pieniądze.

- Nie ma pośpiechu - powiedział mężczyzna i uśmiechnął się serdecznie.

W tej chwili do Nyiary podszedł przedstawiciel rasy houk, obejmując ją w pasie swoją ogromną łapą i przysuwając do siebie z pomocą swoich mięśni. Twi'lekana natychmiast wyślizgnęła się jednak z uścisku mężczyzny i szybkim, mocnym kopnięciem posłała go prosto w grupę trzech innych towarzyszy jego rasy. Wściekły i najpewniej mocno odurzony houk natychmiast zaszarżował na dziewczynę, został jednak szybko powstrzymany przez Esteracha.

- Spokojnie przyjacielu - rzekł jedi kładąc swoją dłoń na klatce piersiowej houk'a.

- Errr ta dziwka miała czelność mje się sprzeciwić! - odparł mu wściekle mężczyzna.

- Oczywiście, że miała, jest moja, tylko ja mam prawo jej dotykać! - oburzył się Esterach.

- Errr twoja? To zmienia postać rzeczy! Stawaj do walki kmiocie! Obijem ci ryj i wtedy jest moja! - wrzasnął houk.

Esterach chciał go zabić, chciał dobyć miecza i zmasakrować ich wszystkich, całą czwórkę, na szczęście dla nich jednak miał przy sobie padawana i mimo wszystko nie chciał od razu demoralizować umysłu dziewczyny. Wziął więc głęboki wdech i powiedział.

- Ale właściwie po co ci jakaś chuderlawa twi'lekana, której nie będziesz miał nawet za co złapać? - spytał Esterach i tylko Nyiara dostrzegła charakterystyczny ruch jego dłoni jakiego jedi używają w trakcie używania swej mocy do przekonania innych do swej racji, sprytnie ukryty w żywej gestykulacji.

Mężczyzna w sekundę spotulniał, jego agresywny do tej pory wyraz twarzy ustąpił miejsca wielkiemu zamyśleniu, co wyglądało dość komicznie, zważywszy na jego aparycję, woń środków odurzających jaka biła od niego na odległość parseka i ewidentnie zużyte niedoprane ubrania.

- Panowie, wszakże ta planeta oferuje znacznie piękniejsze owoce do zerwania, jak chociażby tamta zeltronka - zakończył mężczyzna i wskazał na stojącą nieopodal przy stercie skrzyń różowo-skórą kobietę, po czym dodał - Śmiało idźcie, bierzcie co wasze!

Dwa razy nie trzeba było im powtarzać. Upojeni alkoholem, omamieni mocami Esteracha i jego żelazną argumentacją mężczyźni pognali w kierunku zeltronki. Kobieta miała na sobie czarny gorset spinający jej ciało, doskonale podkreślający i tak świetną talie zeltronki i ukazujący fragment brzucha. Nosiła na sobie czarne, skórzane, obcisłe spodnie, spinane również skórzanym pasem, do którego przytroczone były dwa sztylety i blaster, co nie zraziło jednak ani trochę grupy houk'ów. Na nogach miała wygodne, ciężkie, okute buty, jej dłonie i ramiona pozostawały jednak zupełnie odkryte. Miała długie czarne włosy spięte w kuc, Stała przy palecie kilku skrzyń opatrzonych symbolem, który Esterach rozpoznał na hologramie przedstawiającym Shelemi wołającą o pomoc, notując coś w swoim notesie, będącym najpewniej swego rodzaju dziennikiem przeładunkowym.

Pierwszy, największy i najpewniej będący liderem całej bandy houk wyciągnął swoją dłoń w stronę zeltronki. Kobieta nie dała się zaskoczyć, momentalnie upuściła swój notes na ziemie i dobyła swoich dwóch sztyletów, po czym błyskawicznie się obróciła i wykorzystując siłę swego pędu rozcięła rękę mężczyzny pierwszym sztyletem i wyciągając drugą rękę, chwytając broń u samego końca rękojeści przejechała po jego ustach, nim facet zdążył jakkolwiek zareagować na jej atak, kolejny błyskawiczny ruch jej ciała sprawił, że ostrze które zorało jego dłoń wbiło się prosto w jego czaszkę. Oczy houk'a schowały się pod powieki, a on padł ciężko na ziemię. Pozostała trójka awanturników postanowiła pomścić śmierć swego towarzysza. Pierwszych dwóch dobyło swych ciężkich pał, podczas gdy trzeci houk wyciągnął blaster. Zeltronka bez trudu uniknęła padającego pionowo zamachu pałką pierwszego napastnika i uskoczyła przed poziomym wymachem drugiego, trzeci houk mimo wszystko zachowując zdrowy rozsądek i nie chcąc trafić towarzyszy postanowił nie strzelać do kobiety.

Atakujący poziomo houk z trudem zachował równowagę, spróbował obrócić się i ponownie zaszarżować na kobietę, jednak w swym planie nie uwzględnił towarzysza, który wpadł na ten sam pomysł, w efekcie dwa olbrzymy wpadły na siebie, cudem nie padając na ziemię, kobieta była teraz jednak obok nich i strzelec spróbował swoich możliwości. Na szczęście dla zeltronki amok wynikający z upojenia skutecznie zniwelował jego zdolności strzeleckie, sprawiając że mężczyzna potwornie chybił trafiając w ścianę daleko za kobietą. Ta jednak była w pełni swych władzy umysłowych i gwałtownym ruchem posłała jeden ze swych sztyletów prosto w paszczę napastnika, który równie zszokowany jak jego poprzednik, leżał teraz martwy na ziemi, zalewając posadzkę swoją posoką. Nie mając zamiaru marnować swoich zdolności, czasu ani sił, kobieta po prostu sięgnęła po blaster przeskakując saltem nad dwójką znów atakujących ją houk'ów, posłała po dwa pociski z blastera w tyły ich głów. Obaj mężczyźni padli na ziemie martwi, jednocząc się z mocą wraz z dwójką pozostałych kamratów.

Esterach otrzymał właśnie swój pojemnik od uroczej zielono-skórej twi'lekany.

- Dziękuje - powiedział mężczyzna i uśmiechnął się do dziewczyny.

- Nie ma za co - odparła "zielona" i dodała - Miłego dnia.

- Nawzajem - odrzekł jej radośnie Esterach i wydobył jedenaście szerszych pasków zawierających Atlastarską walutę i dwa węższe, które włożył do kieszeni swego płaszcza, po czym umieścił pojemnik z resztą za plecami, mocując go na specjalny magnetyczny skobel.

- Przyprawa? - spojrzała podejrzliwie Nyiara, która do tej pory zaaferowana oglądaniem walczącej zeltronki w końcu skupiła się na swoim mistrzu.

- Naturalnie, waluta równie uniwersalna jak kredyty, chociaż nieco nielegalna - odrzekł jej towarzysz.

Właśnie w tej chwili do dwójki podeszła wściekła zeltronka.

- Nie myśl sobie, że nie wiem, że to nie byłeś ty! Wiem doskonale ty cholerny jedi! Daj mi jeden powód dla którego nie miałabym ci wsadzić tych sztyletów w... - w tym momencie Esterach wystawił przed siebie jeden szeroki pasek przyprawy.

Kobieta chwyciła go wściekle uznając to za dość satysfakcjonującą rekompensatę za konieczność zarżnięcia czterech obszczymurów.

- Pani raczy wybaczyć, chciałem jedynie zwrócić na siebie pani uwagę - podjął Esterach niezwykle spokojnym i szarmanckim głosem.

- Udało ci się! A teraz gadaj czego chcesz! - odrzekła mu gniewnie zeltronka.

- Pragnę prosić o audiencję u Czerwonookiego - powiedział mężczyzna wystawiając przed siebie kolejny pasek przyprawy.

Kobieta niepewnie wzięła przyprawę do ręki, a następnie zmierzyła Esteracha i jego towarzyszkę wzrokiem po czym zapytała:

- A dlaczego szef miałby chcieć przyjąć dwójkę zawszonych jedi do siebie?

- Ponieważ, kapitan Esterach bardzo ładnie o to prosi - odparł jej mężczyzna.

Kobieta przewróciła oczami po czym rzekła:

- To będzie kosztować cie więcej niż jeden pasek panie kapitan - odpowiedziała kobieta.

- Naturalnie - odparł jej głosem stwierdzającym oczywistość Esterach i wyciągnął z kieszeni kolejne dwa paski przyprawy.

Kobieta natychmiast po nie sięgnęła, jednak Esterach błyskawicznie usunął swoją dłoń i powiedział:

- Nie tak prędko złotko, znasz procedurę, najpierw robota, potem zapłata.

Kobieta ciężko westchnęła i odeszła kawałek od dwójki jedi i odpaliła swój holo-projektor. W tym czasie Esterach oparł się o ścianę kantoru i wyjął z wewnętrznej kieszeni swego płaszcza jedną ze swych żujek. Wyciągnął także drugą i skierował ją w stronę swojej padawanki, ta jednak potrząsnęła tylko głową na znak odmowy, co Esterach skwitował wzruszeniem ramion i włożeniem żujki z powrotem do wewnętrznej kieszeni swego płaszcza.

- Czerwonooki? - spytała Nyiara.

- Zeltroni kontrolują wszystkie burdele w tym mieście, a właściwie, to wszystkie burdele na tej planecie, a ponieważ kontrolują burdele, kontrolują wszystkie istotne miejsca w jakich można zdobyć jakieś informację, a Czerwonooki kontroluje zeltronów, dlatego pójdziemy do niego, jeśli on nie wie co się stało z Shelemi i Aunarem, to równie dobrze możemy próbować wracać na Coruscant na nogach - wytłumaczył Esterach.

- Naprawdę ma czerwone oczy? - spytała dziewczyna.

- To chiss - odparł jej mężczyzna.

- Mistrzu? - spytała twi'lekana.

- Proszę cie, przez ciebie czuje się staro, po prostu Esterach, albo jeśli już musisz to "ej ty", jeśli łaska - odparł jej mistrz.

- Dobrze mist... - tutaj dziewczyna urwała i po chwili zakłopotania spytała - No więc... Ile razy już tutaj byłeś?

- Pierwszy raz usłyszałem o tym miejscu jeszcze jak byłem padawanem, już wtedy szukałem jakiegoś pancerza dla siebie, było to zaraz po tym jak miotacz ognia jednego łowcy nagród spalił mi rękę aż do ramienia, w sumie wyszło mi to na dobre, bo dzięki temu przeszedłem próbę bólu. Przemycił mnie tutaj jeden, nieżyjący już niestety pirat, od tamtego czasu, byłem tu kilka, może kilkanaście razy, w różnych celach, raz kogoś szukałem, raz ktoś szukał mnie, za długo by opowiadać - odpowiedział jej Esterach i dodał - W każdym razie, byłem tu dość długo aby wiedzieć do kogo się udać, aby dostać to czego chcę.

- Rozumiem - odparła padawanka, lecz nim zdążyła zadać kolejne pytanie zeltronka wróciła do nich.

- Dostaniesz swoją audiencję, szef przyjmie cie jak tylko pojawisz się w Różowej Damie, akurat nie ma dzisiaj nic ciekawszego do roboty.

- Dziękuje bardzo - odpowiedział zeletronce obrzydliwie uprzejmym tonem Esterach i podał jej dwa paski przyprawy.

Esterach dał swojej towarzyszce znak ręką i oboje zaczęli iść w znanym tylko mistrzowi kierunku.

- Różowa Dama? - spytała Nyiara.

- Najlepszy burdel na planecie rzecz jasna, całe to miasto to jeden wielki burdel, ale ten jest największy, najznamienitszy i najlepszy! - odpowiedział jej euforycznie Esterach i dodał - A teraz idziemy!

- Daleko to stąd? - spytała niepewnie Nyiara.

- Normalnie powinienem powiedzieć, że dosyć daleko ale dla nas dotarcie tam nie będzie problemem, muszę cie jednak przyzwyczaić do Atlastarskiej maniery więc powiem, że w chuj i jeszcze trochę, ale nie martw się wynajmiemy sobie transport. W tym wypadku będą przelatywać przez względnie bezpieczne dzielnice więc będzie dosyć tani i raczej nie grozi nam nagłe zestrzelenie - odpowiedział jej mistrz.

- Raczej? - dopytała twi'lekana.

- Szansa zawsze jest, ale nie martw się, transportery są dosyć bezpieczne, nawet jeśli się rozbijemy to powinniśmy przeżyć - powiedział Esterach.

- To bardzo... pocieszające - odpowiedziała mu Nyiara.

- Wiem - odparł sarkastycznie mistrz i przyspieszył kroku.

__________________________________________________________________________________________________________

Po kilkunastu minutach marszu Esterach i Nyiara dotarli do sporej wielkości baraku, czasy świetności tej i tak prymitywnej konstrukcji już dawno przeminęły, co objawiało się rdzawymi śladami na ścianach i wklęśnięciem szkieletu całości, co było zwłaszcza widoczne na dachu "budynku". A jednak właściciel owego przybytku nadal czuł się dość pewnie aby dumnie nazywać to "punktem przewozowym".

- Naprawdę mają tu odpowiednik transportu publicznego? To miejsce wcale nie jest takie złe jak je przedstawiałeś - powiedziała Nyiara.

- To działa raczej na zasadzie: burdele wiedzą, że aby zarobić klienci muszą docierać na miejsce i z nich wrócić aby móc opowiedzieć o nich albo zaprosić znajomych, dlatego pilnują żeby tego typu placówki działały, ale fakt, możesz stąd dotrzeć do każdego interesującego miejsca na planecie - przyznał Esterach.

- Ohoho klient! I to w jakim towarzystwie! - wyraźnie ucieszył się toydariański przewoźnik i zaraz dodał - Lubimy przebieranki co? Tylko uważaj, bo jeszcze ktoś pomyśli, że naprawdę jesteś jedi i jeszcze cie spróbują ustrzelić!

Esterach wyraźnie ucieszył się na tak miłe powitanie, oznaczało ono, że przewoźnik ma wolne transportery i z pewnością nie odmówi udzielenia swoich usług.

- Czym mogę służyć szanownemu panu!? Rozumiem, że podwózka? Jedno dwuosobowa? Może jakiś pojaździk, który zagwarantuje wam trochę więcej prywatności? - powiedział przewoźnik i wyszczerzył się paskudnie.

- Szybkie i bezpieczne, prywatność? A w sumie czemu nie. Co myślisz kochanie? - spytał Esterach po czym objął Nyiarę w pasie i przysunął do siebie.

Zszokowana dziewczyna nie wiedziała do końca jak ma się zachować postanowiła więc założyć swoje ręce i potulnie spuścić głowę.

- Ach te twi'lekany, zawsze takie nieśmiałe, aż bym sobie jakąś kupił. A może szanowny pan by mi tą odsprzedał, powiedzmy na godzinkę? Dobrze zapłacę! - zaśmiał się toydarianin.

Na te słowa Nyiara zrobiła wielkie oczy i gwałtownie wtuliła się w Esteracha.

- Niestety, jak pan widzi, jest do mnie aż nazbyt przywiązana - zaśmiał się mężczyzna.

- Właśnie widzę - znów zaśmiał się przewoźnik po czym spytał zacierając ręce - Szybko, bezpiecznie i bez niechcianych gapiów, a ile by pan za to dał?

Na początku Esterach nie powiedział ani słowa, wyjął jedynie pięć porcji przyprawy z kieszeni i wystawił je w kierunku przewoźnika, drugą ręką gładząc głowę swojej padawanki, a kiedy kupiec chętnie chwycił za walutę mężczyzna powiedział:

- Do Różowej Damy prosimy.

- Uuu za to to ja bym nawet droidy bojowe dorzucił gdyby mi jakieś zostały - zaśmiał się latający mężczyzna.

- Skończyły się, czy ktoś je zniszczył? - spytał zaciekawiony Esterach.

- To drugie niestety - powiedział wściekle przewoźnik i zaraz dodał - Widzi pan do Różowej Damy, bezpiecznie to ja pana przewiozę, ale szybko, no najszybciej jak mogę a i tak nikt inny takiej prędkości jak ja nie wyciągnie, no chyba że chce pan ryzykować konieczność przerżnięcia się przez tabun wszelkiej maści bandziorów.

- A co się stało? - wtrąciła się nagle Nyiara, która podłapując swą rolę zadała pytanie niewinnym i naiwnym głosem.

- No proszę, panienka ma głos! Cud! Chyba pierwsza twi'lekana jaka się do mnie odezwała w tym miesiącu! - zaśmiał się gromko przewoźnik i po opanowaniu salwy śmiechu zaczął tłumaczyć - Ano nic ciekawego, kolejna banda kretynów spróbowała szczęścia i chciała przejąć kontrolę nad najszybszą trasą do tego zacnego burdelu, skołowali sobie nawet działo przeciwlotnicze dość silne żeby przebić się przez osłony naszych pojazdów. Taslar chciał oczywiście jak najszybciej problem rozwiązać, więc rzucił dla tego kto problem rozwiąże nagrodę tak jebitną, że prawie każda okoliczna grupa najemników się rzuciła na łup - słysząc te słowa Esterach przewrócił tylko oczami, bo wiedział już co będzie dalej - W efekcie zamiast szybkiego rozwiązania sprawy mamy totalny burdel. Bandy rodian, trandoshian, rattataków, nawet planetarne siły porządkowe, wszyscy się tam napierdalają, bo każdy chce nagrody i końca tej rzezi nie widać!

- On to robi specjalnie? - spytał Esterach i dodał - To już czwarty raz kiedy dzieje się coś podobnego i zaskakująco za każdym razem z tarasów widokowych Różowej można zobaczyć błyskające blastery.

- Na to wygląda, takie widowisko jakby nie patrzeć ściąga mu klientów, niektórzy nawet sami rzucają się do walki, bo brakuje im wrażeń - powiedział toydarianin.

- Cudnie. Nam wrażeń jednak nie potrzeba, sami potrafimy je sobie zapewnić, a więc na co możemy liczyć? - spytał Esterach.

- Hyyy nie wątpię - powiedział toydarianin, po czym zamyślił się i powiedział - Hmmm transporter przewozowy C-21 moja osobista specjalność, dwa generatory pola siłowego, auto-pilot, oraz dwa stanowiska ogniowe sterowane automatycznie, wszystko napędzane trzema silnikami z dopalaczem na wypadek ewentualnej wymiany ognia, na miejsce dolecicie w jakieś dwadzieścia minut, o ile rzecz jasna nie postanowicie zwolnić nieco obrotów, co można zrobić gdyby zachciało wam się posiedzieć w moim pojeździe nieco dłużej - wyszczerzył się przewoźnik.

- Idealne. Mogę jeszcze prosić aby transport zaczekał jakiś czas na nasz powrót? Bez obaw nie zabawimy tam długo - spytał Esterach.

- Na zakupy co? - zaśmiał się toydarianin i dodał - Jasne, poczeka... ze cztery godziny.

- Wyśmienicie - powiedział Esterach i już po chwili para leciała w swoim transporterze.

__________________________________________________________________________________________________________

Siedzieli w milczeniu przez dłuższą chwilę, Esterach jak zwykle w luźnej pozie ze stopą ułożoną na kolanie wystukując rytm jakiejś melodii nieznanej Nyiarze, która z kolei siedziała naprzeciwko niego z nogami złączonymi ze sobą i zaplecionymi palcami rąk opartymi o kolana, wpatrując się w podłogę. Mistrz spokojnie sięgnął za plecy i wydobył kasetkę z przyprawą, z której wyciągnął jeszcze kilka pasków wypełnionych substancją, po czym ponownie schował kasetkę za plecy i wrócił do swojej luźnej pozycji.

- A więc? - podjął niespodziewanie Esterach.

Nyiara nagle drgnęła wyraźnie zaskoczona pytaniem i być może przestraszona głosem swojego mistrza. Widząc, że dziewczyna nie zrozumiała pytania, Esterach spytał ponownie, tym razem nieco precyzując o co dokładnie mu chodzi:

- Jak to było z tobą? Jak trafiłaś do zakonu?

- Emmm, nie ma za tym jakiejś szczególnej historii, urodziłam się na Ryloth, od dziecka wykazywałam "połączenie" z mocą, zakon zainteresował się mną, w zasadzie jeszcze kiedy byłam niemowlęciem. Do świątyni trafiłam w wieku czterech lat i od tamtego czasu... sama nie wiem, żyję, szkolę się, staram się pojąć nauki mistrzów, chociaż jak sam wiesz mist... - widząc karcące spojrzenie Esteracha Nyiara urwała w pół słowa, po czym poprawiając się kontynuowała dialog - Jak sam wiesz Esterach nie jest to wcale takie łatwe zadanie. A poza tym, chyba nie ma we mnie nic nadzwyczajnego, nie wiem co mogłabym opowiedzieć, zresztą słaba ze mnie opowiadaczka, jak widać po moim przedstawieniu pasjonującej historii mojego życia - zakończyła twi'lekana, zaintrygowana pytaniem sama postanowiła jednak zapytać - A ty Esterach? Jaka jest twoja historia?

- Wolisz wersje jaką starsi mistrzowie straszą padawanów, czy tą prawdziwą? - spytał Esterach.

- Prawdziwą. Wersje do straszenia znam aż za dobrze - powiedziała Nyiara.

- No dobrze, od czego by tu zacząć... urodziłem się, sam nie wiem gdzie, to jest fakt, ale nie wyklułem się z czarnej dziury jak to niektórzy lubią mówić - zaśmiał się Esterach i zaraz kontynuował - Na pewno nie urodziłem się na Mandalorze, wtedy bym o tym wiedział, kwatera mojego klanu była jednak gdzie indziej, wiem nawet jak tam dolecieć, ale za cholerę nie pamiętam dokładnej nazwy tego księżyca. Wiem że moja matka była mandalorianką, ojca nigdy nie miałem okazji poznać, w zasadzie nigdy nawet nie starałem się go szukać, wiem tylko tyle, że nie byłem czystej krwi mandalorianinem, na szczęście klan nie wywalił mojej matki za puszczenie się z innym mężczyzną, chociaż nie wiem czy jest do dla mnie powód do radości. Widzisz, klan w którym przyszedłem na świat był akurat w trakcie wojny z jakimiś piratami, nie znam szczegółów wiem tylko, że my zaczęliśmy i jak się okazało mocno przeceniliśmy nasze możliwości. Moja matka zginęła w trakcie ataku na naszą kwaterę główną, podobnie jak reszta mojego klanu zresztą. Miałem wtedy może pięć lat, więc nie oczekuj szczegółów, pamiętam tylko sale usłane trupami mandalorian i piratów, krew zalewającą podłogi pomieszczeń, osmalone ściany naszej twierdzy i pożar jaki zaczął ją ogarniać z powodu niezbyt rozważnego używania miotaczy ognia, po obu stronach. Przeżyłem jako jedyny, a przynajmniej tak mi powiedziano i to nie prawda, że osobiście wyrżnąłem przynajmniej piętnastu piratów zanim znaleźli mnie jedi. W zasadzie nie zabiłem ani jednego, ale faktem jest, że w wieku pięciu lat objawiła się moja wrażliwość na moc, kiedy zakon wpadł do naszej kwatery, a ja myśląc, że to kolejni piraci zupełnie niechcący potraktowałem nieprzygotowanego na takie spotkanie padawana mocą i grzmotnąłem nim o ścianę. Historyjka o tym ilu to bandziorów wtedy natłukłem wzięła się z tego, że nie chcąc mnie oddać moja matka wystrzelała ich ponad dwudziestu, zanim sama padła martwa od siedmiu ran postrzałowych - zakończył Esterach.

- Przykro mi - powiedziała twi'lekana.

- E tam, nauczyłem się z tym żyć. Co było dalej? Cóż, w zasadzie nic interesującego, jak sama mówisz, żyłem, uczyłem się, latałem na misję, starałem się pojąć paplaninę mistrzów, która nieraz brzmi jak przemyślenia Stena po kilku głębszych, a przy okazji stałem się tym kim jestem teraz, oczywiście po drodze przeżyłem kilka przygód, ale nie są one bardziej niezwykłe od tego co może ci opowiedzieć każdy inny mistrz - powiedział mężczyzna.

- Mistrz Sten pije!? - zdziwiła się Nyiara, budząc w swoim towarzyszu wrażenie jakby tylko ten jeden fragment jego wypowiedzi do niej dotarł.

- Ha! I to jak! Naturalnie robi to niezwykle rzadko i tylko za moją namową, na dodatek ma łeb twardy jak skała, trzeba się mocno namęczyć, żeby go spić, ale uwierz mi, warto! Bo rozmowy jakie da się z nim wtedy odbyć są lepsze niż jakikolwiek występy komediowe - odpowiedział jej niezrażony jej postawą Esterach.

- Wierzę - zaśmiała się Nyiara, by po chwili zapytać - A tak właściwie jak udało ci się zostać mistrzem? Jesteś dość... radykalny w swoich poglądach i działaniach.

Esterach już brał wdech żeby opowiedzieć jej na pytanie, lecz chwilę rozluźnienia przerwało lądowanie transportera. Otwarta klapa pojazdu wpuściła do środka prawdziwą mieszankę świateł z neonów jakimi ozdobiona była Różowa Dama.

- Opowiem ci, następnym razem - powiedział Esterach i razem z Nyiarą opuścili pojazd.

__________________________________________________________________________________________________________

Budynek przed którym się znajdowali był naprawdę godny podziwu. Budowla nie imponowała może wysokością, chociaż z pewnością do niskich także nie należała, była jednak bardzo rozłożysta. Postawiony na planie okręgu konstrukt wykonany z białego kamienia, ściany miał dodatkowo wsparte od zewnątrz licznymi portalami, pomalowanymi w barwy żółci, czerwieni, pomarańczu i różu, na których wyświetlane były potężne projekcje wszelkiej maści tancerek i tancerzy erotycznych. Nad każdym z portali znajdował się wysoki minaret, będący jednocześnie tarasem widokowym i ekskluzywnym pokojem dla bogatej klienteli, w którym można było równie dobrze zaznać wyuzdanej przyjemności, co podpisać kontrakt decydujący o czyimś rychłym zgonie. Cały budynek był natomiast osłonięty szerokim pasem zieleni, usłanym fontannami, roślinami i posągami przedstawiającymi niedwuznaczne sytuacje. Budynek ten nijak nie pasował do obskurnego, brudnego i biednego wyglądu reszty miasta, który aby zobaczyć, wystarczyło się obrócić.

- Muszę przyznać, robi wrażenie - powiedziała Nyiara patrząc na budynek.

- Tia, Różowa Dama, burdel dyskoteka basen pałac i forteca - powiedział, niemalże rymując Esterach.

- Forteca? - spytała prześmiewczo Nyiara.

- A jakże, generatory pola na dachu każdego z minaretów, baterie przeciwlotnicze na dachu głównej budowli, ukryte w tych ślicznych nadbudowach między portalami, armia najemników na komendę i zeltroni - odpowiedział jej Esterach.

- Co z nimi? - spytała twi'lekana.

- Nic, absolutnie nic, najlepsze, najczystsze, najpewniejsze i najdroższe kurwy męskie i żeńskie, zapewnią ci przyjemność o jakiej nie śniłaś, ale spróbuj nie zapłacić, albo zrobić coś czego ci wcześniej zabronili, widziałaś próbkę ich możliwości przy kantorze - wytłumaczył mistrz.

- Jasne - powiedziała dziewczyna.

- Doskonale, a teraz chodźmy i miejmy nadzieję, że pan Taslar Czerwonooki będzie miał informację, których nam potrzeba - powiedział Esterach, po czym wziął Nyiarę pod ramię i poprowadził za sobą.

__________________________________________________________________________________________________________

Nyiara podążała za swym mistrzem, przejście przez same ogrody zajęło im sporo czasu i zrobiło niewątpliwe wrażenie na dziewczynie, lecz widok jaki zastała wewnątrz ogromnego budynku wzbudził w niej mieszane odczucia. Ogromna sala przypominająca balową, podobnie jak cały budynek zbudowana była na planie okręgu. Praktycznie cała podłoga po jakiej stąpała teraz dziewczyna pokryta była czerwonymi dywanami, przeszywanymi złotymi haftami układającymi się w różne fantazyjne wzory, tylko gdzieniegdzie odsłaniając czarny kamień z jakiego wykonane były także ściany górnego pierścienia budowli, na którym teraz dziewczyna się znajdowała. Z górnego, dosyć wąskiego pierścienia okalającego całą budowlę dostać się można było do setek małych pokoi, rozłożonych na trzy piętra, z których jak wywnioskowała padawanka, po minach skąpo ubranych dziewcząt jakie tam wchodziły i ich, zwykle pojedynczych towarzyszach ubranych we wszelkiej maści stroje były "sypialniami".

Naprzeciwko Nyiary znajdowały się natomiast, również wyłożone czerwonym dywanem schody na dolny, tym razem zbudowany z użyciem kremowego kamienia pierścień, który wydawał się być sercem całej budowli. Były tutaj liczne, rozłożone przy ścianach pierścienia, szerokie kanapy ustawione w okręgach dookoła niewielkich podestów na, których swoimi gibkimi ruchami, wijące się na rurach tancerki i tancerze wszelkiej maści ras zabawiali gości. Te rury ciągnęły się aż do sufitu, a na każdej z nich tańczył po kilka kobiet, albo mężczyzn naraz, każde z nich miało jednak jakąś formę asekuracji w postaci skobli magnetycznych, dobrzy tancerze byli w cenie i właściciel nie zamierzał sobie pozwolić na stracenie ich w tak głupi sposób jak upadek z dużej wysokości. Pomiędzy tymi kręgami znajdowały się wąskie filary, które jak szybko spostrzegła twi'lekana były w rzeczywistości windami prowadzącymi do minaretów widzianych wcześniej przez nią z zewnątrz. W dolnym pierścieniu nie brakowało też jednak parkietów na których część gości mogła po prostu potańczyć, a szerokie dobrze wyposażone bary, z których największy znajdował się w centrum całego pomieszczenia, podczas gdy pozostałe okalały wejścia do minaretów, obsługiwane przez całe armie barmanów zapewniały nieustanny przepływ wszelkiej maści trunków i innych używek przez rozochocony tłum.

Z dolnego pierścienia dało się dostać na jeszcze niższy poziom, położonymi tuż przy ścianie dolnego pierścienia schodami, które przechodziły pod schodami prowadzącymi na dolny pierścień, co miało zapewne na celu ograniczyć zużycie przestrzeni. Po odbijających się z owych schodów, których ściany wyłożone były również czarnym kamieniem, błękitnych nieregularnych łun, twi'lekana wywnioskowała, że musi być to zejście do basenu, o którym wcześniej napomknął jej mistrz.

Chociaż niewątpliwie cały ten widok budził wrażenie, Nyiara nie czuła się zbyt komfortowo z myślą, że całość tej wspaniałej konstrukcji została postawiona na wyzysku i nieprawości i że jedynym celem istnienia tego monumentalnego obiektu, jest po prostu dalsze dręczenie i wyzyskiwanie mas zmuszanych do pracy tutaj i w dziesiątkach podobnych miejsc tego i nie tylko tego świata, wszelkiej maści niewolników i niewolnic.

Esterach nie podzielał tych myśli, a przynajmniej nie teraz, być może kiedyś, kiedy był jeszcze młodym i pełnym ideałów naiwnym głupcem. Już dawno przyjął do wiadomości, że ze swoimi obecnymi środkami i tak nijak nie zaradzi tej sytuacji, cały zakon jedi miałby problem poradzić sobie z problemami Atlastaru, on mógł natomiast jedynie przystać na warunki jakie oferowała rzeczywistość i wykorzystać je do własnych celów, jednocześnie starając się nie pogorszyć i tak już fatalnej sytuacji setek tysięcy udręczonych dusz, jakie przeżywały istną katorgę w tym systemie. Widząc, że jego młoda towarzyszka zaczyna czuć się w tym miejscu co raz gorzej, Esterach szturchnął Nyiarę w ramię i dał jej znak ręką by poszła za nim. Sam nie czuł się zbyt dobrze w tym miejscu, mimo wszystko był jedi, przedstawicielem profesji niezbyt lubianej w tych okolicach, Nyiara nawet nie zdawała sobie sprawy, że jej mistrz używa swojej mocy, żeby dziewczyna nie czuła aż tak mocno emocji i uczuć jakie wypełniały to miejsce, na czym cierpiała jego własna psychika. Zwykle Esterach chronił w tym miejscu tylko siebie, teraz miał na głowie także swoją towarzyszkę, której wrażliwość mocno osłabiała jego mentalną znieczulice na to co tutaj widział i czuł.

Na szczęście cel Esteracha nie był ani trudny do znalezienia, ani bardzo odległy. Mężczyzna natychmiast skierował się na główny bar znajdujący się w samym centrum pomieszczenia. Dolny pierścień był bez wątpienia najbardziej zatłoczonym miejscem, znajdowała się tutaj cała mieszanka wszelkiej maści bandytów, łowców głów, piratów, gangsterów, jedni podziwiali piękne tancerki, inni upijali się przy barach, kolejni szaleli na parkiecie, co jeszcze inni wykorzystywali jako doskonałą przykrywkę do ubijania swoich ciemnych interesów i knucia wszelkiej maści intryg, a wszystko to działo się pod okiem niewątpliwie pięknych, lecz równie zabójczych, zeltrońskich kelnerów i kelnerek. Mimo całego panującego w tym miejscu zgiełku, dostanie się do głównego baru nie było zbyt wielkim problemem, właściciel tego miejsca lubił przestrzeń, nie przepadał za ciasnotą, a co za tym idzie bardzo ułatwił Esterachowi jego zadanie.

Dotarcie do baru zajęło im ledwie kilka minut szybkiego marszu, na szczęście zajęci skąpo ubranymi tancerkami i kelnerkami podpici klienci kompletnie zignorowali niebieską twi'lekane idącą u boku Esteracha, co w oczach mężczyzny było prawdziwym cudem. Kiedy już dotarli do baru oboje usiedli na dwóch wolnych miejscach, kilka sekund wcześniej od baru odeszła spora grupa złożona z rodian i ludzi, którzy sądząc po ich minach i zachowaniu najpewniej wdali się w jakiś konflikt i postanowili wyjaśnić sprawę z użyciem siły na zewnątrz. Wtedy też Esterach zmienił swoje dotychczasowej nastawienie, stał się dużo poważniejszy niż był do tej pory, ruchem ręki, który niewątpliwie był jakiegoś rodzaju impulsem mocy zwrócił na siebie uwagę zeltrońskiego kelnera. Młody, świetnie zbudowany mężczyzna o klatce piersiowej pokrytej tatuażami przedstawiającymi smoka krayt, czarnych włosach i ciemnych oczach podszedł do Esteracha. Jedi spojrzał w oczy mężczyzny i wysunął w jego stronę trzy paski przyprawy. Kelner przyglądał mu się przez chwilę, spojrzał na moment na Nyiarę po czym wrócił spojrzeniem na Esteracha i skinął jedynie głową, po czym zabrał przyprawę.

- Dobra - zaczął Esterach - Teraz grzecznie tu siedzisz, kupujesz sobie coś do picia, byle nie za mocne, powoli sobie pijesz, siedzisz cichutko i nie zwracasz na siebie uwagi, słowem jesteś grzeczną twi'lekańską niewolnicą, która czeka na swojego pana - skończył mężczyzna podając dziewczynie dwa wąskie paski przyprawy.

- A ty co będziesz robił w tym czasie? - spytała padawanka.

W tej chwili do Esteracha podeszła młoda zeltronka, wyjątkowo ubrana w długie granatowe spodnie, również granatową kurtkę i czerwoną bluzkę, uzbrojona w dwa blastery, o różowych włosach, delikatnych rysach twarzy i z czarną opaską na lewym oku.

- Czerwonooki pana oczekuje - powiedziała dziewczyna i wskazała mężczyźnie drogę.

- A ja idę się dowiedzieć co i jak z naszą zgubą - powiedział Esterach i na odchodne dodał - Zaraz wracam i pamiętaj, bądź grzeczna.

Nyiara wzięła ciężki wdech, obróciła się w stronę baru, lecz nim zdążyła się nawet zastanowić nad tym czego chciałaby się napić, kelner podał jej szklankę wypełnioną zieloną substancją o delikatnym owocowym zapachu.

- Emmm, ale ja jeszcze niczego nie zamawiałam - zdziwiła się dziewczyna.

- Jeszcze nie spotkałem twi'lekany, której by to nie posmakowało - odparł barman.

Dziewczyna spojrzała niepewnie na napój i ponownie podniosła swój wzrok na kelnera, ten natomiast przewrócił tylko oczami i nieco zmęczonym głosem powiedział:

- Oh, nie martw się, nie zwali cię z nóg, nikt cie nie porwie, twój pan zapłacił zbyt dobrze żebyś musiała się o to martwić.

"Więc teraz jest moim panem? Cudownie." pomyślała Nyiara i spytała:

- Ile płacę?

- Nic - odparł kelner i dodał - Pierwszy na koszt firmy.

- Miło - powiedziała dziewczyna i zaczęła powoli raczyć się trunkiem, który rzeczywiście przypadł jej do gustu.

__________________________________________________________________________________________________________

Drzwi od windy otworzyły się wpuszczając Esteracha do pomieszczenia umieszczonego nad głównym barem. Biuro Czerwonookiego było w zasadzie niewidoczne dla szeregowego obserwatora, ukryte za polem holograficznym, wyłożone specjalnym minerałem, przez które ściana wydaje się być uformowana z kamienia, podczas gdy było przez nią doskonale widać całe pomieszczenie. Jedi rozejrzał się dookoła. Drzwi przez, które wszedł pilnowało dwóch zeltronów ubranych w złożone z licznych płyt pancerze kompozytowe i uzbrojonych w ciężkie blastery. W biurze chissa, po obu stronach od drzwi windy znajdowały się dwie kanapy, dopasowane do okrężnej ściany całego pomieszczenia, na których po lewej siedziały dwie zeltronki i jeden zeltron, a po prawej kolejnych dwóch zeltronów, wszyscy oni byli odziani podobnie do kobiety, która przyprowadziła Esteracha, różnili się od niej jedynie brakiem opaski na oku i uzbrojeniem, wszyscy oni gapili się teraz na rycerza podejrzliwym, złowieszczym spojrzeniem. Samo pomieszczenie było dosyć biedne, poza dwoma kanapami na których siedziała ochrona, znajdował się tutaj tylko umieszczony w centrum pomieszczenia projektor holograficzny i dobrze wykonane, drewniane, chociaż co bardziej prawdopodobne, tylko obite drewnem biurko. Obok biurka stała różowo-skóra skuta łańcuchami twi'lekana, która ze spuszczoną głową wgapiała się w srebrną tackę, na której spoczywało kilka cygar. Esterach wyczuł jej strach i zmęczenie, objawiające się także drżeniem rąk i nóg, jedi nie przyszedł tutaj jednak zamartwiać się nad losem niewolnic, fakt że tu były i masowo umierały, na spółę z wszystkimi mieszkańcami tej planety, nie był niczym niezwykłym, a wręcz przeciwnie, był czymś aż zanadto powszednim.

- Zgodnie z pańskim rozkazem, przyprowadziłam go do pana - powiedziała jednooka zltronka i zajęła miejsce po przeciwnej do twi'lekany stronie biurka.

Stojący dotąd nieruchomo zwrócony oparciem do Esteracha fotel gwałtownie się poruszył, obracając się w stronę rycerza, ukazując siedzącą na nim osobę. Czerwonooki nie wyróżniał się zbytnio na tle swojej rasy, miał jak nietrudno zgadnąć, czerwone oczy, ostre rysy twarzy, nieco sterczące kości policzkowe, prosty, niewyróżniający się niczym nos, krótko ścięte czarne włosy i przylegające do głowy uszy, jego usta zdobił natomiast szczery, euforyczny wręcz uśmiech, co było pewnym zaskoczeniem dla Esteracha zważywszy na naturę chissów. Jego czoło i skórę pod oczami pokrywała niewielka siateczka zmarszczek, świadcząca o bardzo powoli, ale jednak nieubłaganie postępujących procesach starzenia.

- Esterach! - zaczął Czerwonooki zrywając się z krzesła i zaraz dodał - Jakże miło, że postanowiłeś nas odwiedzić!

Chiss błyskawicznie skrócił dystans i wyciągnął dłoń na powitanie.

- Miło cie widzieć Taslar, czemu zawdzięczam tak gorące powitanie? - spytał Esterach ściskając dłoń chissa.

- Oh krzyżowcy zawsze są u nas mile widziani - powiedział Czerwonooki i uśmiechnął się serdecznie.

Stali tak przez moment patrząc sobie w oczy, aż wreszcie chiss parsknął śmiechem i powoli zaczął iść w kierunku swojego biurka.

- Kogo ja próbuje nabrać - powiedział do siebie Taslar, po czym zasiadł na swoim krześle, ułożył łokcie na swoim biurku, skrzyżował palce, wyszczerzył się złowieszczo i spytał - A więc mistrzu jedi? Co cię tutaj sprowadza?

W tym momencie drzwi windy otworzyły się, a przez nie wleciał fotel wyposażony w płytkę anty-grawitacyjną, która trzymała go nad ziemią i zbliżył się do biurka niebiesko-skórego. Chiss dał Esterachowi dał znak dłonią aby ten spoczął, na co rycerz z chęcią przystał przystał.

- Sprawa osobista - odpowiedział jedi.

- Doprawdy? Wydawało mi się raczej, że zakonna - odparł Taslar.

- Zlecona przez zakon, ale traktuje ją dość osobiście - odrzekł mu na to Esterach.

- Rozumiem. A więc przyszedłeś tu, żeby dowiedzieć się co się stało z dwójką jedi, która przyleciała tu... właściwie w jakim celu? - spytał chiss.

- Banda piratów z tego regionu zrobiła sobie rajd na Ryloth i porwała kilkaset twi'lekanek, mieli je znaleźć i sprowadzić z powrotem - powiedział mistrz, po czym obdarzył stojącą obok Taslara twi'lekanę badawczym spojrzeniem.

- Zapewniam, że nie mam z tym nic wspólnego - powiedział chiss.

- Oczywiście - odparł sarkastycznie człowiek.

- Esterach przecież mnie znasz, ja jestem człowiekiem interesu! Nie porywam ludzi, to nieopłacalne, trzeba ich badać, tresować, karmić, przez długi czas zajmują miejsce i przynoszą same straty, a na dodatek nie masz żadnej gwarancji, że nie strzeli im raptem do łba jakiś głupi pomysł i nie postanowią odebrać sobie życia. Wole kupować swój towar od zaufanych kontrahentów, którzy mają wprawę w swoim fachu - wytłumaczył chiss, jednak po chwili dodał - Konkurencja natomiast, to już co innego - i wskazał na różowo-skórą niewolnicę.

- Masz tu jakąś konkurencję? - zdziwił się Esterach.

- Co jakiś czas jakiś kretyn próbuje działać na własną rękę, większość gangów ma swoje własne burdele, tyle że, są to po prostu ich prywatne "place zabaw", nie ma sensu się w to wpieprzać i tak przyłażą do mnie, ale fakt, co jakiś czas znajdzie się idiota, który próbuje ze mną konkurować, całkiem niedawno moi ludzie spacyfikowali jedną z takich band, od razu powiem jednak, że twoich ogonogłowych tam nie było, a na pewno nie tylu o ilu powiedziałeś - odparł Czerwonooki.

- Co z nimi zrobiłeś? - spytał Esterach, bardziej z ciekawości niż faktycznego przejęcia o los istot żywych.

- To co zwykle, tych których się udało wyłapałem, tych których nie, wystrzelałem nic ciekawego. Dobrze się złożyło, w rzeźni kończyły mi się już zabawki, a nie chciało mi się organizować wypadów na niższe poziomy, co prawda idzie na tym nieźle zarobić, ale praktycznie zawsze przez ten syf, który tam panuje tracę jakiś ludzi - powiedział chiss.

- A ta tutaj? - spytał jedi.

- Moja Zevi? - na dźwięk swojego imienia ciało dziewczyny przeszedł dreszcz - Miałem wysłać ją na rzeźnie razem z innymi przechwyconymi wtedy niewolnikami, ale błagała o życie tak gorliwie i namiętnie, że aż postanowiłem sobie ją przygarnąć - zaśmiał się Czerwonooki i spytał - A co? Jesteś ciekaw jak wygląda bez ubrań? Sprzedać ci jej nie sprzedam, ale wypożyczyć mogę, chociaż za opłatą.

- Nie, dzięki. Zostanę przy ludzkich kobietach - odparł Esterach z uśmiechem.

- No tak, jak zawsze czysty, rasowy mandalorianin - zażartował chiss.

- Tobie za to dorobić skrzydła i przedłużyć nos i będzie z ciebie rodowity toydarianin - odpowiedział mu jedi.

Obaj parsknęli śmiechem, jednak już po chwili ich twarze przybrały poważny wyraz.

- No dobra, to co możesz mi dać i ile za to chcesz? - spytał Esterach i zaraz dodał - Od razu mówię, że kryształu kyber nie dostaniesz.

Chiss zaśmiał się na te słowa i odpowiedział:

- Nie potrzebuje, już mam.

Esterach zmarszczył brwi i zaczął przyglądać się rozmówcy.

- Gwarantuje, że nie miałem nic wspólnego z jego śmiercią, wiem za to kto go zabił, kto udał się też w późniejszy pościg za dziewczyną i gdzie ich znajdziesz.

- Cena? - spytał jedi.

Czerwonooki uśmiechnął się. Na jego idealnie gładkim biurku pojawił się ukryty dotąd otwór, z którego wysunęło się ogniwo, obudowa, kryształ kyber, bateria, oraz kilka innych dodatków, słowem wszystko co niezbędne do stworzenia miecza świetlnego.

- Żartujesz - powiedział Esterach.

- Ależ skąd, zawsze chciałem mieć mój własny miecz świetlny, oczywiście mogłem taki kupić od jakiegoś łowcy głów, ale to nie to samo, chcę mieć swój własny unikatowy oręż - powiedział wyraźnie zafascynowany chiss.

- Jak zwykle w takim razie, połowa informacji teraz, połowa po zapłacie - powiedział jedi.

- Niech ci będzie - powiedział Taslar, rozsiadł się w swoim fotelu i zaczął opowiadać - Twoi zakonni przyjaciele przylecieli tutaj zupełnie na zielono, w sumie nie jestem nawet do końca pewien jak udało im się tutaj wylądować. W każdym razie, wykazali się dość dużą inteligencją by wpaść na to, że informacje dostaną w jednym z moich "zakładów", niestety na tym ich inteligencja się skończyła. Najpierw, twój nieżyjący kolega wkurzył bandę trandoshan, zrobił mi burde, wystraszył klientów i zniszczył naprawdę drogi sprzęt tylko po to by ubić przy tym cztery jaszczurki i dać jednej zwiać, na efekty nie trzeba było długo czekać, krótko potem gonił ich cały klan kilkudziesięciu wkurzonych gadów. Naturalnie w swej głupocie pokazali im drogę prosto do swojego statku, który to jaszczurki unieszkodliwiły, zanim zdążyli odlecieć, nie mając pojęcia o terenie w jakim się znajdują, pakowali się w coraz większy bajzel.

Esterach nie skomentował nawet słów chissa, zamiast tego wolał po prostu schować swoją twarz w rękach i słuchać dalej.

- Niemniej udało im się uciec trandoshianom, czy może raczej, uciec na terytorium znacznie liczniejszej od nich i bardzo dobrze rozeznanej w swoim obszarze bandy rattataków, która akurat przyleciała na jedynkę posprzedawać kilka rzeczy. Widząc armie jaszczurów biegnących z bronią na ich teren rattataki uznały to za atak i przystąpiły do obrony, twoi kumple trafili prosto w ogień krzyżowy dwóch grup. Próbowali wykorzystać zamieszanie do ucieczki, ale bladzi postanowili nie zostawiać świadków i pogonili za nimi. Twój zakonny kolega już wtedy był ranny, ale nawet wtedy zdołał wybić połowę kilkudziesięcioosobowej grupy pościgowej zanim sam zginął, a przy okazji jeden ze strzelców dał radę uszkodzić blasterem jego miecz. Prawdziwy fart prawda?

Esterach parsknął śmiechem i pokiwał głową. "I jemu dali tytuł mistrza, a Sten na mnie narzeka" pomyślał jedi i posłuchał opowieści dalej.

- Tak czy inaczej, reszta grupy pogoniła za dziewczyną, trandoshanie zostali wybici, a ja kupiłem od rattataków ten cudowny kryształ, na szczęście ci popaprańcy nie mają najmniejszego pojęcia o ekonomii i kryształ kupiłem od nich za ćwierć tego co musiałbym zapłacić normalnie, a i tak broni i amunicji dałem im tyle, że z pół roku obejdą się bez dostaw i to z ich stylem życia, ale jeśli chcesz wiedzieć co było dalej, albo gdzie ich szukać, wiesz co masz zrobić - zakończył chiss i wskazał dłonią na biurko.

Esterach przewrócił oczami, niechętnie rozłożył ręce nad komponentami broni, zamknął powieki i pozwolił by instynkt i doświadczenie zrobiły robotę za niego. Bateria połączyła się z ogniwem, do którego wręcz idealnie wpasował się kryształ, wszystkie elementy same znajdowały swoje miejsce unosząc się kilka centymetrów nad stołem. Po chwili obudowa zamknęła się nad całością, kończąc tym samym budowę broni. Esterach znając swojego towarzysza przyciągnął ostrze do swojej dłoni i odpalił miecz. Charakterystyczny dźwięk rozszedł się po pomieszczeniu, oświetlając je łuną zielonego światła. Esterach wyłączył miecz i podał go chissowi. Czerwonooki wziął broń w swoje dłonie i sam uruchomił miecz, wpatrywał się przez moment w zielone ostrze swojego miecza, po czym wyłączył je i wyraźnie radosnym głosem zaczął opowiadać dalej:

- Rattataki ruszyły w pogoń za dziewczyną, problem jest taki, że do tej pory cała akcja miała miejsce tam gdzie miałem kamery, informatorów, strażników, kiedy zbiegła na niższe poziomy straciłem ten komfort, podobno udało im się ją złapać i wziąć żywą, w sumie nie wiem czy można to uznać za pozytywną informację, dla mnie w każdym razie była pozytywna znaleźli moje ukradzione towary, musiałem je co prawda odkupić, ale dzięki temu wiem o całym zajściu, no i dostałem swój kryształ - powiedział uradowany Taslar.

- Kim są i gdzie ich znajdę? - spytał Esterach wstając z krzesła.

- Wodzem bandy jest niejaki Vadjak, łatwo poznać, dwumetrowa góra mięśni z klatą zoraną bliznami i wytatuowanym ryjem, wiecznie uzbrojony po zęby i równie chętny do rozlewu krwi. Mają własny hangar i trochę magazynów wynajmowanych u mnie, ale atakowanie ich nie ma sensu, jeśli chcesz znaleźć swoją jedi, musisz szukać w ich kwaterze głównej - odpowiedział chiss.

- Czyli gdzie? - spytal jedi stając przy oknie i przyglądając się miejscu gdzie siedziała Nyiara.

Widząc irytację rosnącą na twarzy Esteracha, Taslar także wstał ze swego fotela i zaczął zbliżać się do okna.

- Siódemka, dokładnych koordynat ci nie podam, ale robią taki szum na kanałach, że wyśledzisz ich w minutę, zwłaszcza ze swoją holograficzną pomocą - odpowiedział chiss stając koło rycerza.

- Padawanka? Esterach co się z tobą stało? - zaśmiał się Taslar.

- Nawet mnie nie denerwuj - powiedział jedi i rzucił - Dzięki za informację, a teraz idę tam na dół, zanim mi ją zabiją.

- Esterach? - zatrzymał go Taslar.

- Hmmm? - spytał popisując się elokwencją rycerz.

- Proszę, nie ubrudź mi podłogi, dopiero co kazałem ją porządnie wyszorować - poprosił chiss.

Esterach skinął jedynie głową i skierował się do wyjścia.

__________________________________________________________________________________________________________

Nyiara siedziała bokiem przy ladzie, z głową wspartą na opartym o blat baru ramieniu, drugą ręką leniwie jeżdżąc po krawędzi niemal opróżnionej szklanki. Głosy setek śmiejących się i wrzeszczących klientów Różowej Damy zlewały się teraz z głośną muzyką puszczaną z setek głośników rozsianych po całym pomieszczeniu, tupotem stóp tańczących na parkiecie i jęczących tancerek i tancerzy wijących się na swoich podestach, tworząc bezładną kakofonie wszelkiej maści dźwięków. Dziewczyna wykorzystała to jednak na swoją korzyść, chociaż wyglądało na to, że nie zwraca ona uwagi na otoczenie, szlifowała swoje zdolności do skupiania swej mocy na konkretnym celu i wyostrzaniu zmysłów tak aby usłyszeć o czym taka osoba prowadzi rozmowę. W rezultacie twi'lekana wiedziała już, która z obecnych tancerek jest najlepsza w łóżku, który drink daje najmocniejszego kopa, jakie narkotyki działają najszybciej, a nawet że ktoś właśnie podpisał kontrakt na życie osoby o imieniu Ralph, kimkolwiek on jest. Nagle jednak zapach środków odurzających docierających do dziewczyny z jej najbliższego otoczenia stał się znacznie lepiej wyczuwalny, a jeden głos przebijał się na tle całej reszty.

Nyiara niepewnie podniosła głowę znad szklanki i spojrzała w stronę z której dobiegał do niej owy głos. Za jej plecami siedział wyszczerzony czerwono-skóry devaronian. Jeden rzut oka wystarczył dziewczynie żeby wiedziała, że jest w tarapatach. Mężczyzna miał ułamany jeden róg, bliznę ciągnącą się od czoła, przez nos, pod lewym okiem i kończyła się w połowie policzka, biła od niego woń mocnych substancji wyskokowych, a dzikie spojrzenie napawało lękiem. Mężczyzna był ubrany w długi brązowy płaszcz, czarną koszulę i spodnie, które spięte znowu brązowym pasem miał do siebie przytroczone dwa blastery. Twi'lekana w jednej chwili zaczęła błagać w myślach aby pojawił się tutaj jej mistrz.

- Hej śliczna, bawimy się w jedi co? A masz ochotę poczuć odrobinę srebrnej krwi? - spytał zalotnie devaronian

- Mam też naprawdę długie palce - dorzucił mężczyzna ukazując swoją szponiastą dłoń.

- Jestem zajęta - odpowiedziała mu Nyiara, starając się brzmieć tak obojętnie jak to tylko możliwe.

Ale jej niechciany i bardzo niepożądany partner dyskusji był już doświadczony w takich rozmowach, wystarczył mu cień niepewności dziewczyny, aby poczuć się pewnie, a Nyiara dawała dosyć jasne oznaki niepewności. Delikatne, niemalże niezauważalne drgnięcia jej ciała, zabawa szklanką, która z płynnej stała się bardziej nieregularna, przerywana, nerwowa, mężczyzna wiedział, że trafił na łatwą ofiarę. Nikt tutaj nie miał zamiaru bawić się w rycerza i toczyć bojów, zwłaszcza o nią, twi'lekankę, która najpewniej i tak była czyjąś niewolnicą.

- O, naprawdę? A przez kogo? Jakoś nie widzę nikogo konkretnego w pobliżu - zaśmiał się mężczyzna.

- Mam właściciela - powiedziała Nyiara, przypominając sobie słowa swojego mistrza i wierząc, że jeśli zasłoni się faktem bycia czyjąś własnością, natręt spasuje i się odczepi, nieświadomie jednak tylko pogorszyła sprawę.

- O, a więc niewolnica! Tym lepiej, tym lepiej, będziesz wiedziała co masz robić! - znów zaśmiał się devaronian.

Czerwono-skóry wyciągnął dłoń i spróbował objąć dziewczynę, ta jednak wciąż spokojnie, chociaż co raz bardziej nerwowo zdjęła jego dłoń ze swego ramienia i delikatnie odepchnęła go od siebie.

- Powiedziałam już, jestem zajęta! - powtórzyła dobitniej twi'lekana.

- Ohoho patrzcie ją jaka groźna! - zaśmiał się czerwono-skóry, po czym delikatnie zbliżył się do dziewczyny i zaczął mówić cichszym głosem - Spróbuj mi się jeszcze raz sprzeciwić suko, a przysięgam zatłukę cie jak kulawą gzike, zerżnę jak sukę należy, a potem zatłukę, na razie, może być jeszcze miło, na razie możesz pójść ze mną, a wtedy może nawet ci się spodobać, ale spróbuj jeszcze raz mnie znieważyć...

W miarę jak mówił, jego dłoń wsunęła się pod szaty dziewczyny, devaronian położył swoją dłoń na plecach dziewczyny i zaczął powoli zjeżdżać w stronę jej pośladków. Kiedy jednak jego dłoń dojechała do pasa, Nyiara nie wytrzymała i posłała mu potężnego sierpowego. Niespodziewający się ataku mężczyzna chwilowo zamroczony padł na parkiet, szybko jednak wstał na nogi i dobył swego blastera, Nyiara sięgnęła po swój miecz świetlny by odkryć, że go nie posiada, z przerażeniem patrzyła jak devaronian mierzy w nią ze swej broni. Na chwilę oczy wszystkich dookoła zwróciły się na tą parę, zeltroński barman już wyciągał swój blaster by zabić wściekłego devaroniana. Jednak wtedy, kiedy czerwono-skóry naciskał już spust, jego twarz z wściekłej, zmieniła swój wyraz na przerażony, jego oczy stały się większe, usta rozwarły się w nietypowym grymasie, a po sekundzie mężczyzna padał już na ziemie. Nyiara spojrzała na martwego mężczyznę, po czym gwałtownie obejrzała się za siebie. Esterach stał za nią z uniesioną, zaciśniętą dłonią.

- Esterach, ja... ja przepraszam. Ja nic nie zrobiłam... to on, on podszedł, zaczął mi się odgrażać... nie wiedziałam co robić, spanikowałam - tłumaczyła się dziewczyna, ale Esterach tylko chwycił ją za głowę i przysunął do siebie, kryjąc ją w swoich szatach przed wzrokiem istot dookoła, na co Nyiara zareagowała objęciem swego mistrza.

Stali tak przez chwilę, czekając aż większość gapiów wróci do swoich zajęć, gdy to nastąpiło Nyiara niepewnie spojrzała na leżącego na ziemi mężczyznę.

- Zabiłeś go? - spytała niepewnie.

- Rozsadzenie serca zwykle kończy się zgonem - odparł jej Esterach i położył jeden pasek przyprawy na barze i rzekł do barmana - Za konieczność posprzątania.

Barman skinął jedynie głową i zabrał pasek.

- Chodźmy stąd - powiedział Esterach i już chciał iść w stronę wyjścia kiedy drogę zastąpił mu ubrany podobnie do niego mężczyzna, tyle że nie kryjący swojego ciężkiego blastera przytroczonego do pasa.

- Nie tak szybko, zabiłeś jednego z moich ludzi, zapłacisz mi za to - powiedział oprych.

Esterach rozejrzał się dookoła, chociaż otaczał go tłum ludzi naliczył przynajmniej siedmiu, którzy mieli wzrok skierowany bezpośrednio na niego. Mógł ich zabić, wszystkich i na miejscu, ale bardziej opłacalnym było zapłacić za śmierć ich jednego towarzysza, niż sprzątanie zwłok ich wszystkich.

- Stawka standardowa? - spytał jedi sięgając do kieszeni swego płaszcza.

- Oficerska - odparł mu mężczyzna przegryzając swoją żujkę.

Rycerz niechętnie wyjął pięć pasków przyprawy i podarował je mężczyźnie. Ten tylko skinął na to głową, zabrał przyprawę i zszedł Esterachowi z drogi.

- Zapłaciłeś mu za życie jego człowieka? - spytała Nyiara.

- Taki układ wymyślony jeszcze przy formowaniu się tych terenów, gdyby każda banda miała co chwila brać osobistą zemstę, za to, że ktoś utłukł ich człowieka, te ulice wiecznie stałyby w ogniu, już i tak stoją, ale nie aż tak, wymyślili więc, że jeśli nie byłaś jakoś szczególnie przywiązana do swojego człowieka, możesz po prostu domagać się zapłaty od tego kto go zabił, rodzaj umowy, zapłaciłeś mi więc daje ci spokój - wytłumaczył Esterach.

- I to działa? - spytała twi'lekana.

- Zwykle tak - odpowiedział jej mistrz.

- Co teraz? - spytała dziewczyna.

- Wracamy na statek, musimy zdać raport radzie i poinformować ich o śmierci mistrza Aunara - powiedział Esterach.

- Co!? - zdziwiła się Nyiara.

- Wytłumaczę ci po drodze - odpowiedział jej Esterach i dodał - A przy okazji, twój miecz świetlny.

- Zabrałeś mi go!? - wściekła się dziewczyna zabierając mężczyźnie ukradkiem podawaną jej broń.

- Gdybyś odpaliła go tutaj, nie wyszlibyśmy stąd żywi - odparł jej Esterach.

- Zabiłeś tamtego devaroniana mocą - odpowiedziała mu dziewczyna.

- Ależ skąd - odrzekł jej Esterach podnosząc ręką i obnażając swój ochraniacz na rękę - Miotacz trujących strzałek.

- Nosisz ze sobą coś takiego? - zdziwiła się Nyiara.

- Młoda, ja nosze ze sobą cały niezbędnik łowcy nagród z miotaczem ognia na drugiej ręce włącznie - odpowiedział jej mężczyzna.

- Naprawdę teraz go użyłeś? - zapytała twi'lekana.

- Oczywiście, że tak! To najskuteczniejsza broń w tego typu sytuacjach, mało kto zwraca uwagę na twoje ręce tak długo jak nie trzymają blastera, z całym tym harmidrem strzałki nie usłyszysz, a jak jesteś skupiony na czym innym też jej nie zobaczysz - wytłumaczył się Esterach i dodał - A teraz chodź, nie chce tu być ani sekundy dłużej niż to konieczne, to miejsce sprawia, że nawet mi robi się niedobrze.

__________________________________________________________________________________________________________

Droga powrotna na statek upłynęła im dosyć spokojnie, Esterach opowiedział swojej padawance co dokładnie udało mu się ustalić na spotkaniu z Czerwonookim, a przy okazji poinstruował dziewczynę jak w przyszłości spławiać natrętnych amantów, którzy będą chcieli próbować ją podrywać. Ten spokój nieco niepokoił jednak Esteracha. Atlastar nigdy nie był tak spokojny, co prawda jako dość wpływowa i dobrze poinformowana w realiach owego świata osoba, Esterach był w stanie załatwić sobie stały punkt dokowania w miejscu, które z powodu małej przestrzeni większości gangów nie interesuje, toteż mimo swej feralnej liczby dok trzynasty był jednym z tych miejsc, przy których rzadko dochodziło do incydentów. Mimo wszystko jednak Esterach czuł się nieswojo idąc przez te obskórne, brudne korytarze i nie znajdując ani jednego trupa, poza czwóką houków, których śmierć sam zainicjował.

Esterach i Nyiara siedzieli w kokpicie przed komunikatorem na pokładzie statku mężczyzny. Naturalnie rada nie była zachwycona faktem, że sygnał pochodzi z mandaloriańskiej jednostki radykalnego mistrza, ale rozumieli oni dlaczego Esterach zdecydował się na swój własny środek transportu. Tym razem w spotkaniu uczestniczyli tylko Yoda i Luminara. Mistrz Windu był nieobecny z powodów, które Esteracha ani nie interesowały, ani nie były dla niego istotne.

- Mmm smutna to wieść, bardzo dla nas jest. Mistrz Aunar, dobrym przyjacielem był. Zapomniany przez nas, nie będzie on - powiedział Yoda.

- A co z Shelemi? Udało ci się czegoś dowiedzieć? - spytała Luminara.

- Z tego co mi wiadomo została pojmana przez klan rattataków. Więc w najlepszym razie znajdę zmasakrowane zwłoki, ale wiem kto nimi dowodzi i gdzie ich szukać, więc tak jak obiecałem, przywiozę wam ciało do spalenia - odpowiedział Esterach.

Luminara wzięła ciężki wdech, powstrzymując swoją chęć opieprzenia Esteracha, za tego typu stwierdzenia. Esterach wiedział, że dziewczyna żyje, wyczuwał jej strach i cierpienie od kiedy tylko przyleciał do systemu. Wiedział, że jest słaba i nie miał wiele czasu, nie wierzył w to, że uda mu się dotrzeć do niej na czas. Łatwiej było więc wmawiać sobie, że dziewczyna nie żyje i ucieszyć się jeśli będzie inaczej, niż cierpieć rozczarowanie w wypadku porażki.

- A co z zaginionymi twi'lekankami? - dopytała mirialanka.

- Niestety ich porwanie to nie robota żadnej z grup łowców niewolników. Co prawda przeczuwałem to od samego początku, ale dzisiaj się upewniłem - odpowiedział mężczyzna.

- Niestety? - zdziwiła się Luminara.

- W Atlastarze grup profesjonalnie zajmujących się porywaniem jest niewiele, z reguły takie grupy mają swoją stałą, jasno określoną klientele, więc gdyby to była jedna z takich grup wyśledzenie ofiar byłoby łatwiejsze, a w każdym razie możliwe - odpowiedział Esterach i dodał - Ale w momencie, kiedy była to po prostu banda przypadkowych zbirów, która postanowiła dorobić sobie w nietypowy sposób i teraz te dziewczyny robią za prywatne zabawki gangu, albo leżą martwe w miejskich ściekach. Tak czy siak, mógłbym mieć całą armie na komendę i dekadę czasu na poszukiwania a i tak bym ich nie znalazł.

- Skąd pewność, że to była przypadkowa grupa? - spytała mistrzyni.

- Kilka czynników, po których łatwo odróżnić profesjonalistę od żółtodzioba. Profesjonaliści nie porywają ofiar z jednego miejsca, wybierają kilka, no i nie kilkaset na raz, tylko w odstępach czasowych. Pomijam już tutaj fakt, że były to kobiety brane całkowicie przypadkowo, no i właśnie, tylko kobiety, to zdarza się bardzo rzadko, a przy tych liczbach wcale. No i co najważniejsze, mam tutaj znajomego, który o rajdzie nie miał pojęcia, a jeśli on nie miał pojęcia, to znaczy, że nie znajdę ich u żadnego tresera niewolników - wytłumaczył Esterach.

- Godnym zaufania jest przyjaciel twój? - spytał mistrz Yoda.

- Chciwa, pazerna, bezwzględna, sadystyczna, okrutna, jadowicie zabójcza żmija, ale jeszcze nie zdarzyło mu się mnie okłamać, więc tak, uważam go za dobre źródło informacji - odpowiedział Esterach.

- Rattataki ludem wojowniczym bardzo są. Jeśli rzeczywiście padawanki Shelemi szukać masz wśród nich, wsparcie potrzebne będzie ci - powiedział mistrz Yoda.

- Już mam moje wsparcie - powiedział Esterach wskazując głową na Nyiarę i dodał - Więcej mi nie potrzeba.

Nyiara spojrzała na Esteracha nie kryjąc swojego zdziwienia.

- Bardzo się wzbraniałeś przed zabraniem jej na tę misję, co się stało, że raptem tak ją polubiłeś? - spytała Luminara.

- Nic, po prostu lepiej mieć dwa trupy niż cztery - mirialanka już miała zapytać, jednak Esterach zdołał ją wyprzedzić - Tylko Sten jest dość uparty by się tu pofatygować, a on już od dawna planował wziąć sobie jakiegoś nowego padawana.

- Rozumiem - powiedziała Luminara.

- Co planujesz zrobić więc, mistrzu Esterach? - spytał Yoda.

- Znaleźć Shelemi i ją uratować - oparł mężczyzna.

- A coś więcej? - spytała Luminara.

- Nie jestem w stanie podać ci szczegółów Luminaro, bo jeszcze nie opracowałem zbyt dokładnego planu - odparł Esterach.

- Cokolwiek postanowisz mistrzu Esterach, niech moc będzie z tobą - powiedział mistrz Yoda.

Esterach skinął jedynie głową.

- A teraz, bardzo chcielibyśmy prosić o chwilę rozmowy z twoją padawanką, jeśli to nie problem - powiedziała Luminara.

Esterach skinął jedynie głową i ruszył w stronę wyjścia z maszyny.

__________________________________________________________________________________________________________

- Bardzo mnie obsmarowałaś? - spytał stojący z założonymi rękoma Esterach, opierając się o jedną ze skrzyń stojącą przed jego pojazdem.

- Nie pytali o ciebie - odpowiedziała Nyiara.

- Doprawdy? - zdziwił się Esterach.

- Bardziej interesował ich sam Atlastar, jak wygląda to miejsce, czy rzeczywiście jest tak niebezpieczne, wydaje mi się że zastanawiali się, czy mimo wszystko nie przysłać ci kogoś do pomocy - odpowiedziała twi'lekana.

- I co im powiedziałaś? - spytał Esterach.

- Cóż, jestem tutaj kilka godzin i zostałam napadnięta już dwa razy więc... - odpowiedziała dziewczyna.

- To i tak nie tak źle - zaśmiał się Esterach.

- Rozumiem, że kiedy ty byłeś tu po raz pierwszy było gorzej? - spytała twi'lekana.

- Za pierwszym razem nie zostałam zaatakowany ani razu - odpowiedział Esterach.

Widząc konsternację na twarzy swojej towarzyszki mężczyzna zaczął tłumaczyć:

- Na Atlastarze to nie działa w typowy dla takich miejsc sposób. Tutaj nie ma huttów, czy innych "organów administracyjnych", które mimo wszystko starają się utrzymywać spokój, nawet siły porządkowe są tutaj po prostu innym gangiem, który dba o to, aby nikt nie zakłócał interesów ich mistrzów. To czy zostaniesz zaatakowana czy też nie, zależy tylko od wyglądu twojego, albo osoby, z którą przebywasz. Jeśli jesteś odpowiednio groźnie wyglądającym zakapiorem, bandyci zostawiają cię w spokoju.

- Czyli ty nie uchodzisz za szczególnie groźnego? - spytała prześmiewczo dziewczyna.

Esterach obdarzył padawankę zimnym spojrzeniem, na widok którego dziewczyna natychmiast spuściła głowę i pokornym tonem rzekła:

- Przepraszam mistrzu.

- Nie, właśnie, że nie. Nie przepraszaj. Uszczypliwość to już coś, co prawda stanowczo za mało, ale przynajmniej jesteś rozluźniona, o to tutaj chodzi. Im bardziej spięta i niepewna jesteś, tym łatwiejszym celem się wydajesz i tym chętniej ktoś będzie chciał zrobić z ciebie swoją ofiarę - odpowiedział Esterach.

Dziewczyna podniosła głowę i wyraźnie rozchmurzyła się na te słowa swojego mistrza. Stali tak przez chwilę w milczeniu opierając się o stojące przed statkiem Esteracha ułożone w łuk dookoła wejścia do jego statku skrzynie. Nyiara skusiła się nawet na jedną żujkę.

- A tak właściwie to co my tu robimy? - spytała dziewczyna.

- Teraz? - spytał Esterach.

- Teraz czekamy, aż szef bandy, którą spotkaliśmy w Różowej Damie, a którą niechcący uraziłem, zabijając ich człowieka w końcu załapie, że nie ruszamy się z planety i zamiast czaić się na orbicie przyleci tutaj, żeby osobiście się z nami rozprawić - powiedział mistrz.

- Dlaczego po prostu nie wlecą tutaj i nie rozwalą hangaru? - spytała niebiesko-skóra.

Esterach uśmiechnął się na jej pytanie i odpowiedział:

- Widzisz, na Jedynce obowiązuje zakaz walk nad przestrzenią miast, od szefowie największych band nie chcą stracić swojego towaru na skutek potyczki jakiś kretynów, dlatego nie ważne kto zaczął, siły porządkowe mają rozkaz strzelać do każdego kretyna jaki otworzy ogień ze swojego statku nad miastem, dlatego nasze kochane bandziory czają się na orbicie, a ja nie chcę ryzykować zadrapania mojego ślicznego stateczku, na skutek przypadkowego starcia z jakimiś losowymi kafarkami.

- Skąd pewność, że w ogóle tutaj przylecą? - spytała dziewczyna.

- Bo nie chciało mi się przepłacać i zamiast zatłuc ich na miejscu wolałem im zapłacić, za życie ich człowieka, przez co najpewniej uznali mnie za mięczaka, a przez mój strój, za majętnego mięczaka - odpowiedział Esterach.

- Mówiłeś, że jak im zapłacisz to dają ci spokój - odparła Nyiara.

- Zwykle. Ale takich jak oni wyczuwam z odległości parseka, mówię ci, przyjdą tu i gwarantuje ci, że nie będziemy musieli długo czekać - odpowiedział Esterach.

- A potem? - spytała twi'lekana.

- A potem...

Wybuch drzwi do hangaru przeszkodził Esterachowi w zaspokojeniu ciekawości jego padawanki. Do środka wbiegła grupa pięciu napastników, złożona z dwóch rodian, jednego trandoshiana, jednego houka i jednego zabraka. Wszyscy byli odziani w podobne, przylegające do ciała stroje, o prostych schematach kolorystycznych mające na celu podkreślić ich dobrze zbudowane ciała, z wyjątkiem rodian, którzy woleli nieco luźniejsze, ale z pewnością dające lepszą ochronę kamizelki, których liczne kieszenie mogły skrywać różne nieprzyjemne niespodzianki. Nie zadawali pytań, nie powiedzieli w zasadzie ani słowa, wydali jedynie kilka okrzyków bojowych i rzucili się na dwójkę jedi, posyłając w nich salwę pocisków ze swych broni blasterowych. Esterach ucieszył się, że wzmocnione skrzynie okazały się nie być tak bezsensownym zakupem, za jaki je na początku uważał, gdyż dały dobrą ochronę jego padawanowi i jego wybiegającym ze statku droidom.

Esterach nie zamierzał się jednak kryć przed przeciwnikiem, błyskawicznie dobył swego ostrza, żółta klinga oświetliła pomieszczenie swą ciepłą poświatą. Jedi błyskawicznie skoczył w górę, odbijając w locie trzy blasterowe pociski jakie poleciały w jego stronę, zabijając nimi jednego z dwójki uzbrojonych w po dwa pistolety na głowę, rodian. W sekundę mężczyzna znalazł się na drodze szarżującego na rząd skrzyń, uzbrojonego w dwuręczny vibro-miecz trandoshanina. Esterach z łatwością uniknął potężnego ukośnego cięcia jakie zadał gad, po czym szybkim ruchem odrąbał mu jedną z dłoni nim ten znalazł się poza zasięgiem jego ostrza. Następnie mistrz wykonał szybki piruet, którym odbił kolejne lecące w jego stronę pociski i znajdując się już przy jaszczurze, nim ten zdał sobie w ogóle sprawę z tego co się dzieje, podciął jego nogi w kolanach i odrąbał głowę. Bezwładne, porąbane ciało runęło bezwładnie na podłogę. Swąd palonych materiałów wybuchowych zaczął się powoli mieszać z odorem smażonej tkanki mięśniowej i włókien materiałów syntetycznych, jakie nosił na sobie gad.

Porucznik w sekundę przeskanował ciało wielkiego houka, bezbłędnie wymierzył w organy witalne wielkiego mężczyzny i posłał w jego ciało bezwzględną serię dwudziestu pocisków, wystrzelonych z jego podwójnych działek blasterowych, ukrytych pod jego rękami. W tym czasie Nyiara osłaniała dwa inne droidy odbijając wszystkie pociski jakie słał w nie zabrak i trzymający pozycję obok niego rodianin. Trafienie ich było o tyle trudne, że skryli się oni za całkiem wytrzymałym terminalem, który chociaż nieczynny od lat, gwarantował całkiem znośna ochronę, dopóki obydwu mężczyzn nie dopadł Esterach. Rycerz dopadł do dwójki bandytów kolejnym długim skokiem i nim ci zdążyli jakkolwiek zareagować jedi ukośnym cięciem przerąbał głowę rodianina na pół, po czym mocą woli uniósł ciało zabraka i nabił je na swoje ostrze, po czym z ogromną siłą cisnął je we wciąż zadymione, zniszczone wejście do hangaru.

Esterach powoli wycofał się blisko przed rząd rozstawionych skrzyń z wciąż odpalonym mieczem, doskonale wiedział, że był to tylko pierwszy rzut sił nieprzyjaciela. Jak na potwierdzenie jego obaw, przez dym zaczęły przebijać się sylwetki humanoidalnych postaci, akurat w tym momencie sierżant skończył rozstawianie ciężkiego działka blasterowego. Jednak ku zaskoczeniu rycerza nie była to kolejna fala szeregowych siepaczy, ale sam lider grupy, w towarzystwie piętnastu innych przeciwników, wszelkiej maści gatunków od rodiani i trandoshian, przez houków i ludzi, a na twi'lekach skończywszy. Na widok dwóch odpalonych mieczy świetlnych mina wchodzącego do tej pory pewnie lidera gangu wyraźnie zrzedła. Powaga sytuacji w jakiej się znalazł stała się dla niego jeszcze bardziej oczywista, kiedy dostrzegł cztery droidy, w tym jednego obsługującego działo, które bez trudu mogło unicestwić jego i jego ludzi w zaledwie kilka sekund. Mężczyzna zaczął powoli unosić ręce do góry, jednak gdy umieszczone przez droidy Esteracha w korytarzu prowadzącym do hangaru, generatory pola zaczęły działać, uniemożliwiając napastnikom wyjście, dla bandytów jasnym stało się, że rycerz nie ma zamiaru dać im odejść.

Dalej walka potoczyła się szybko, trzej trandoshianie pierwsi rzucili się do walki, po kolei ginąć od potężnych cięć Esteracha. Łoskot z jakim ich ociężałe cielska legły na ziemie został zagłuszony przez salwę pocisków z ciężkiego działa, które bez trudu przebiło się przez stanowiący dobrą ochronę terminal, dosłownie robiąc sito z jedynych dwóch twi'leków jacy znajdowali się w bandzie i jednego z ludzi. Potężne otwory biły z ich brzuchów, głów i klatek piersiowych, w zasadzie siła broni była tak duża, że przy trafieniu w dłoń jednego z twi'leków, dosłownie rozerwała ją na kawałki. Porucznik spokojnie namierzał kolejne cele i masakrował je swoimi bezbłędnymi salwami z licznego arsenału jaki posiadał, jednocześnie skrywając się za swoim osobistym generatorem pola. Dwójka szeregowych droidów Esteracha, osłaniana przez Nyiarę nie musiała obawiać się ostrzału przeciwników i skupiła pełnie swych mocy obliczeniowych na jak najskuteczniejszym namierzaniu przeciwników. Nie minęła nawet minuta, a szesnastoosobowa zgraja została zredukowana do czwórki kryjących się za rozwalonymi drzwiami do hangaru przerażonych bandytów. W akcie desperacji jeden z przeciwników cisnął granat w stronę Esteracha, który to jedi natychmiast odrzucił spowrotem. Bandyci natychmiast rzucili się do ucieczki, jednak Esterach wrzucił trójkę z nich spowrotem do pomieszczenia, pozwalając żyć tylko jednemu z przeciwników.

Ludzki mężczyzna, poraniony kilkoma szarpnelami z rzuconego granatu, z trudem łapał każdy oddech. Patrzył na podziurawione i porąbane ciała swoich towarzyszy. Niektórzy z nich mieli komfort szybkiej śmierci, inni wciąż dogorywali wykrwawiając się na śmierć, starając się rękami zakryć dziury w swoich ciałach. Dopiero po chwili dostrzegł powoli zmierzającego w jego stronę rycerza jedi, z żółtym mieczem świetlnym. Chciał uciekać, wstać na nogi i biec tak szybko jak tylko mógł, lecz gdy tylko zerwał się na nogi, natychmiast padł spowrotem na kolana z powodu osłabienia i utraty krwi. Nim zebrał siły by ponownie powstać, Esterach już unosił go nad ziemię z pomocą swej mocy. Trzymał go za gardło, dość mocno aby trzymał się nad ziemią, dość słabo aby się nie udusił. Jego ostrze powoli poleciało pod jego nogi, po czym zaczęło leniwie się obracać, z czasem obroty stawały się co raz szybsze, aż wreszcie miecz świetlny Esteracha zmienił się w prawdziwą piłe.

- Zrobimy tak - zaczął Esterach - Będę ci teraz zadawał pytania, a ty będziesz na nie grzecznie odpowiadał, jeśli odpowiedź mi się spodoba, pozwolę ci żyć, jeśli nie - wówczas mistrz opuścił nieco ciało mężczyzny zbliżając je do ostrza.

Bandyta natychmiast zaczął wierzgać i krzyczeć, starając się zrobić cokolwiek ze swoim losem.

- Zgoda? - spytał rycerz.

- Zgoda! - krzyknął przerażony bandyta.

- Wybornie! A więc, ilu jeszcze was zostało? - spytał mistrz.

- Na Jedynce dziewięciu, hangary od dwadzieścia sześć do dwadzieścia cztery! Szef kazał im pilnować naszych statków! Ale w bazie na trójce jest nas jeszcze trochę! - odpowiedział jednym tchem obdartus.

- Trochę to znaczy ilu? - spytał Esterach opuszczając ciało ofiary.

- NIE! Nie wiem dokładnie! Nie liczyłem! Może piętnastu... więcej na pewno nie! Nie stać nas na utrzymanie większej bandy! - mówił ciężko dyszący bandzior.

- Macie jakiś oficerów? - zapytał spokojnie Esterach.

- Trzech! Jednego tutaj! Ale to mięczak! Wystarczy, że pokażesz mu co tu odjebałeś i tak się osra, że będzie cię na kolanach błagał, żebyś nie robił mu krzywdy! - wrzeszczał bandyta i zaraz dodał - Drugi jest na dwójce, razem z resztą bandy, szef kazał im pilnować bazy kiedy go nie będzie, ale to houk, prędzej zginie niż zdradzi szefa!

- A trzeci? - spytał Esterach opuszczając mężczyzne jeszcze niżej, na tyle by ostrze znajdowało się tuż pod jego stopami.

- JA! JA JESTEM TRZECIM! - wrzasnął mężczyzna.

Esterach zgasił swój miecz i przyciągnął go do swojej dłoni, jednocześnie puszczając mężczyznę, pozwalając by jego ciało gruchnęło o ziemie. Rycerz powoli podszedł do mężczyzny, złapał go za ubranie i postawił na nogi, po czym rzekł.

- Idź do swoich ludzi - zaczął Esterach spokojnym, zimnym, pozbawionym emocji, morderczym, przerażającym tonem - Powiedz im co tutaj zrobiłem, powiedz im, że wasz szef nie żyje i teraz ja przejmuje dowodzenie nad waszą bandą. Jeśli ktoś spróbuje mi się sprzeciwić, osobiście go wypatroszę, jeśli wygadasz się komukolwiek po drodzę kim jestem, gwarantuje ci, tysiąc lat wszystkich tortur jakie wymyśliła każda cywilizacja tej galaktyki, będą niczym w porównianiu do tego co ci zafunduje. Jeśli spróbujecie uciekać, znajdę was i wytłukę do ostatniego zawszonego bandziora. Jakieś pytania? - zakończył rycerz.

- N... nie... - powiedział mężczyzna i rozejrzał się dookoła po czym dodał - Szefie.

- Wybornie, a teraz zmykaj, będę u was za jakiś czas, macie być zwarci a wasze statki gotowe do drogi - odpowiedział Esterach.

- Tak jest! - odparł bandyta i pokuśtykał w stronę wyjścia, mijając po drodzę zmasakrowane zwłoki swojego poprzedniego dowódcy.

Esterach odporowadził go wzrokiem, po czym odwrócił się napięcie i już miał zamiar rzucić jakiś żart, kiedy dostrzegł przerażone spojrzenie swojej uczennicy. Dziewczyna stała przed nim trzęsąc się ze strachu, pocierając dłoniami swoje ramiona, zupełnie jakby starała się ogrzać.

- Nyiara, co z tobą? Aż tak się mnie wystraszyłaś? - zaśmiał się Esterach.

- Jakim cudem ktoś taki jak ty został jedi? - powiedziała dziewczyna, z trudem tłumiąc łzy.

- Oh przestań! Ty myślałaś, że powiedziałem mu to wszystko na poważnie? - zaśmiał się Esterach.

- Nie chodzi o to co powiedziałeś, nie chodzi o to co zrobiłeś, tylko o to jaki byłeś! - powiedziała przerażona dziewczyna.

Słysząc te słowa droidy Esteracha powoli wycofały się na pokład jego statku, on sam natomiast uśmiechnął się do dziewczyny i zaczął iść w jej stronę. Chciał ją objąć, uspokoić, lecz gdy tylko wyciągnął dłoń w jej kierunku, twi'lekana natychmiast się wycofała. Esterach ciężko westchnął, oparł się o skrzynie i całkiem spokojnym głosem odpowiedział.

- Chodź do mnie.

Nyiara potrząsnęła jedynie głową.

- No chodź. Nie bój się. Nie masz czego - powiedział mężczyzna.

Twi'lekana niechętnie zbliżyła się do niego, a gdy tylko oparła się o tą samą skrzynie Esterach delikatnie objął ją jednym ramieniem i przycisnął jej głowę do swojej klatki piersiowej drugą ręką. Dziewczyna powoli zaczęła się uspokajać, mistrz nigdzie się jednak nie spieszył, spokojnie czekał, aż dziewczyna opanuje swój lęk.

- Byłeś taki... - niedokończyła dziewczyna.

- Mroczny - dopowiedział za nią Esterach.

- To dlatego nie bierzesz żadnego padawana na szkolenie? Boisz się, że staną się tacy sami jak ty? - spytała Nyiara.

Esterach ciężko westchnął i odpowiedział:

- Tak i nie. Stałem się taki właśnie za sprawą padawana...

Rozdział II Sient

To było nietypowe miejsce, znacznie upiorniejsze i dużo bardziej złowrogie niż reszta planety. Białe błyskawice co jakiś czas rozświetlały, zasnute chmurami, nocne niebo na ułamki sekund odsłaniając monumentalną, czarną niczym otchłań, złowrogą górę, której ostre jak brzytwa skały, trafiane wyładowaniami atmosferycznymi, co chwila osypywały się na dół, pociągając ze sobą jeszcze więcej odłamków do swego podnóża, gdzie ścierały się właśnie dwie armie. Strzały z blasterów zagłuszały szum ciężkich kropli spadającego deszczu, same jednak były przyćmiewane potęgą złowrogich grzmotów. Latające pociski tnące przestrzeń między dwiema walczącymi stronami sprawiały, że samo pole walki nawet w tych warunkach, było oświetlone równie dobrze jak za dnia. Morderczy taniec świateł blasterów trwał już od ponad pół godziny i nic nie wskazywało na to, by miał on się zakończyć. Obie strony walczyły równie zawzięcie i chociaż były determinowane innymi czynnikami, równie uparcie dążyły do swego celu, jakim była całkowita anihilacja przeciwnika. Pośrodku tego całego chaosu, pośród wybuchających granatów, jęzorów płomieni strzelających z miotaczy ognia i setek pocisków, walczyła dwójka wyjątkowo zawziętych jedi.

- Ale uparci! Jednak Killian wreszcie się do czegoś dzisiaj przydał! - zaśmiał się Sient odbijając kolejną salwę z karabinu, jaka poleciała w jego kierunku.

- Fakt, chociaż raz rada się nie pomyliła kiedy mówiła, że to zadanie jest niebezpieczne - odparł mu żartobliwie Esterach.

- Może nawet trochę ich nie docenili - odparł Sient i dodał - To bardziej regularna armia niż jakieś podrzędne bandziory!

Ich stroje były niemal identyczne, długie czarne szaty skrywające pod sobą dobrze wykonane, okrywające całe ciało pancerze. Walczyli bardzo podobnymi technikami, nawet wyglądem nie odstawali od siebie aż tak bardzo, włosy Esteracha były tylko nieco ciemniejsze, no i jego twarz była oszpecona blizną. Wtedy jeszcze mistrz nie nosił zarostu, przez co sprawiał wrażenie starszej wersji swojego padawana. Jedyną rzeczą jaka ich od siebie odróżniała były kolory ich mieczy świetlnych, Esteracha był żółty, podczas gdy Sienta niebieski.

Armia piratów jaką sprowadził Esterach, była bandą zaprawionych w bojach wojowników złożoną głównie z ludzi, chociaż zdarzali się wśród nich nieliczni twi'lekowie czy bardzo nieliczni weequayanie. Rycerz poznał ich w czasach swojej młodości i już wtedy dobrze zaprzyjaźnił się z kapitanem Killianem dowodzącym całą grupą. Kierowani żądzą zysku jaką przyniesie im splądrowanie miejsca, o które właśnie walczyli, splendor i sława odkrywców takiego zjawiska archeologicznego jakim było to miejsce, a także obiecana przez senat i radę jedi amnestia dla wszystkich członków załogi, były dla nich zbyt kuszące aby odmówić Esterachowi. Nikt, nawet rycerze jedi, nie spodziewał się jednak takiej walki, jaką zafundowali im obrońcy tego miejsca.

Ich ciężkie pancerze stylizowane były na ludzkie szkielety, maski w kształcie czaszek budziły grozę, jednak poza samym wyglądem, strach w sercach walczących siało także ich wyposażenie i zachowanie na polu walki. Uzbrojeni w ciężkie blastery dobre w walce na dalekim dystansie, broń poboczną do walki na krótką odległość, a w niektórych przypadkach wyekwipowani także vibro-miecze, zachowywali się jak regularna, dobrze zaznajomiona z wojskowym drylem armia. Piraci Killiana, nawet ze wsparciem dwójki jedi, znaleźli godnego przeciwnika w tych fanatycznie oddanych swej sprawie, nieulękłych nawet w obliczu śmierci wojownikach. Nie mówili ani słowa, ginęli bez najmniejszego dźwięku wydawanego z ich ust, dobrze wiedzieli jak wykorzystać swoją przewagę w postaci wzniesienia, z którego prowadzili swój ostrzał. Nagle, dwóch piratów dostrzegło lukę w obronie przeciwników, wypłoszeni zza osłony z użyciem granatu obrońcy, pozostawili wolny teren, który to mężczyźni spróbowali zająć. Nie spodziewając się pułapki, wybiegli prosto pod lufy czterech leżących na ziemi strzelców wroga i w sekundę później ich martwe, podziurawione ciała zalegały już na zboczu wzniesienia.

- Nie szarżować do kurwy nędzy! Zabraniam wam ginąć jak idioci - wrzasnął Killian posyłając salwę pocisków ze swych pistoletów prosto w leżących na ziemi strzelców zabijając dwóch z nich.

- Esterach co z wami do cholery! Ideały zakonu nagle szanować zaczęliście i pacyfistami zostaliście! Rozwalcie tych sukinsynów, zanim mi ludzi wytłuką, a nie tylko stoicie i machacie mieczykami! - krzyknął wściekle kapitan piratów.

- Mistrzu? - spytał wyraźnie zachęcony słowami Killiana Sient.

- No dobrze, chyba rzeczywiście daliśmy im już dość złudzeń. Standardowo, środek, ja na lewo, ty na prawo, sieczemy co się da, tylko najpierw pozbądźmy się tego zasranego głazu - odpowiedział Esterach.

"Zasranym głazem" był w rzeczywistości fragment starego, zrujnowanego muru okalającego wejście do wnętrza góry. Miejsce wskazane przez Esteracha było zdecydowanie najlepiej zachowanym i chyba jedynym elementem starych umocnień, jakie pozwalały obrońcom na używanie go w charakterze osłony dla więcej niż jednego użytkownika naraz. Esterach i Sient wystawili dłonie przed siebie, kilka sekund później sporej wielkości ściana, za którą kryła się cała drużyna przeciwników został zdegradowany do rangi kupy gruzów. Odłamki budowli z ogromną prędkością poleciały w kryjących się za nią obrońców, zabijając bądź ciężko raniąc zarówno ich, jak i kilku bardziej nieostrożnych wojowników nieprzyjaciela. Obaj jedi skoczyli na ogromną odległość w oka mgnieniu znajdując się pośród obrońców. Zdezorientowani wojownicy nieprzyjaciela bez wątpienia nie cierpieli na brak zdolności bojowych, ale nawet oni niewiele mogli poradzić na dwóch rycerzy jedi walczących w środku ich linii obrony. Przeskakujący od jednej osłony do drugiej jedi, cieli obrońców swymi mieczami, rozczłonkowując ich ciała, miotali nimi na ogromne odległości z użyciem mocy, zupełnie jakby byli szmacianymi lalkami, większość z nich kończyła z licznymi złamaniami i obrażeniami wewnętrznymi, ci którzy dawali radę stanąć na nogi, byli dobijani przez blasterowy ogień piratów. Co prawda niektórzy z wojowników mieli broń białą, jednak zdecydowanie brakowało im refleksu, a przynajmniej większości z nich, bo Sient trafił na przeciwnika, który zdołał wyciąć dziurę w jego szatach. Walka skończyła się w kilka minut od wkroczenia jedi, większość przeciwników była martwa, jednak część wycofała się do wnętrza góry.

- Nie mogliście tak od razu? - spytał wściekle Killian i dodał - Zaoszczędzilibyśmy środków, czasu i ludzi - zakończył wskazując na dwójkę leżących najbliżej niego piratów.

- Gdzie w tym zabawa? - zaśmiał się Sient.

- To jedno, a po drugie chciałem zobaczyć jak groźni są nasi przeciwnicy na polu walki i jak wiele sił są gotowi rzucić do obrony tego miejsca - dodał Esterach.

- Dowiedziałeś się już? - spytał wściekły kapitan.

- Dowiedziałem, a przy okazji już widzę kolejny problem - odparł spokojnie Esterach.

- Ta? Co to za problem? - spytał pirat.

Owym problemem okazały się być masywne, wykute w czarnej skale wrota, pokryte fantazyjnymi wzorami, przedstawiającymi jakiegoś mężczyznę walczącego z potężną bestią, bliżej niezidentyfikowanej rasy. Całość była otoczona również czarnym portalem, pokryty niezrozumiałymi dla piratów runami. Zarówno Sient jak i Esterach zaczęli wykazywać prawdziwe zainteresowanie sytuacją, podczas gdy wcześniej myśleli, że mają do czynienia z jakąś chorą sektą, której rozbicie nie będzie najmniejszym problemem, teraz zaczęli poważnie zastanawiać się nad tym, czy na pewno chcą wchodzić do owego budynku.

- Tutaj mieści się świątynia Karanaganara Szalonego, Pogromcy Tysięcy, mordercy kobiet i dzieci, bo z mężczyznami stanąć do walki nie miał jaj, gwałciciela, okrutnika, mistrza niewolników, co zdechł na choroby weneryczne - powiedział Sient udając, że czyta.

- Bardzo zabawne Sient - powiedział Killian.

- W zasadzie to tylko połowa tego była zmyślona - powiedział Esterach i przywołał swojego padawana do siebie ruchem dłoni.

- Czyli, że co? To jakaś świątynia mrocznego bóstwa? - spytał pirat.

- Oby - odpowiedział Esterach.

Sient nie potrzebował tłumaczenia, on i Esterach niemal synchronicznie odpalili swoje miecze i z pełną siłą wbili je w czarne wrota prowadzące do wnętrza góry. Esterach ciął lewą stronę od góry do dołu, podczas gdy Sient przebijał się przez ich prawą stronę wbijając swe ostrze u dołu. Wycięty przez nich otwór był niemalże równym okręgiem, jednak wbrew oczekiwaniom dwójki jedi wrota nie puściły, nie dały najmniejszego znaku, że da się je otworzyć, materiał nie zapadł się, nie było widać prześwitu, nic nie dawały kopnięcia, a nawet pchnięcie mocą.

- No pięknie - powiedział Killian i zaraz zapytał - I co teraz?

- Przynieś mi jakieś krio-granaty - powiedział Esterach.

- Krio-granaty? A po co ci? - pirat nie zdążył zadać pytana zanim poznał odpowiedź.

Esterach i Sient wbili swoje miecze we wrota, które to pod wpływem temperatury ich broni najpierw zaczęły rozgrzewać się do czerwoności, a jakiś czas potem zmieniać swój stan ze stałego na ciekły. Esterach doskonale wiedział, że wrota nie mogą być wiele szersze niż długie jest ostrze jego miecza, brakowało mu maksymalnie kilka centymetrów, jednak proces topienia takiej ilości materiału musiał chwilę potrwać. Killian widząc już po co Esterachowi będą potrzebne owe ładunki wycofał się kawałek od dwójki jedi i odpalił swój holo-komunikator.

- To po to kazałeś mi zabrać dodatkową baterie do miecza? - zaśmiał się Sient.

- Jak widać, te wrota sithów są cholernie uparte - odparł Esterach.

- Nie lepiej było najpierw spróbować je otworzyć mocą? - spytał uczeń.

- A co jesteś użytkownikiem ciemnej strony, żeby wiedzieć jakiej mocy na nie użyć, żeby je otworzyć? - odpowiedział pytaniem Esterach.

Sient zamilkł i nie przestawał trzymać ostrza wbitego w materiał. Normalnie taka temperatura już dawno poparzyłaby jego rękę, na szczęście Esterach pomyślał o wszystkim i załatwił zarówno sobie jak i swojemu padawanowi pancerze odporne na tego typu temperatury.

- Sithów!? - zdziwił się Killian.

- Ta, to na bank świątynia jakiegoś sitha - odpowiedział Esterach.

- Czy nie lepiej w takim razie zawiadomić radę? - spytał kapitan.

- Normalnie? Tak. W praktyce? Ta świątynia jest już aktywna, cokolwiek tam siedzi trzeba to zniszczyć na miejscu, inaczej skończy się tragedią - odpowiedział mistrz.

W czasie gdy Esterach i Sient popisywali się swym opanowaniem w sztuce subtelnego rozwiązywania problematycznych sytuacji na miejsce doleciały trzy ścigacze należące do piratów. Na dwóch stanowiących eskortę przyleciało po trzech piratów na jednostkę, podczas gdy z pierwszego, załadowanego przy okazji kilkoma torbami towarów, których przeznaczenia jedi się domyślali, ale niespecjalnie ich ono obchodziło, zsiadła młoda dziewczyna, o srebrnych włosach i oczach i bladej cerze. Podobnie jak Killian ubrana była w długi, jasny, luźny płaszcz, pod którym skrywał się jej prosty, dobrze podkreślający talie i biust strój. Cały jej ubiór był w zasadzie dopasowany do koloru skóry, uderzał bowiem w tony bieli i szarości, mając kilka czarnych akcentów przełamujących całość. Jednym z takich elementów był skórzany pas spinający jej spodnie, do którego przytroczone miała dwa blastery. Esterach i Sient wyraźnie ożywili się na widok echanianki, chociaż zdziwienie na widok i zachwyt ciałem dziewczyny, szybko zostały zastąpione rozsądkiem, który krzyczał jak bardzo nierozważnie jest pchać się w strefę walk bez porządnego opancerzenia. Killian był ubrany podobnie i podobnie jak dziewczyna był echani, ale on zainwestował w porządny pancerz, o którego przebiciu czymś innym niż ciężkie blastery nie było mowy, a i one mogły mieć z tym problemy.

- Jak kazałeś ojcze - powiedziała dziewczyna podając Killianowi torbę pełną krio-granatów.

- Zuch dziewczynka, a teraz zmykaj stąd! To niebezpieczne miejsce - odpowiedział Killian łagodnym głosem.

- Nie ma mowy! - zaprotestowała natychmiast dziewczyna i zaraz dodała - Sam pozwoliłeś mi wreszcie tu przyjść, nie mam zamiaru przepuścić okazji, żeby wziąć udział w prawdziwej walce.

- Możesz zacząć szybko tego żałować - powiedział Esterach.

- Słyszałaś mistrza jedi? To nie miejsce dla małych dziewczynek - dodał kapitan i dorzucił - Poza tym, jak ty wyglądasz? Mogłaś chociaż założyć jakiś pancerz, a nie taki strój! Przynosisz mi wstyd!

- Jak się nie zgodzisz powiem matce, że znowu byłeś z Esterachem i Sientem na Atlastarze - odpowiedziała dziewczyna.

- Uuu, no to stary ma przejebane - powiedział po cichu Sient.

- Ano ma - odpowiedział Esterach i krzyknął głośniej - Ja jej przed blasterami zasłaniał nie będę!

- Obejdzie się, umiem sama o siebie zadbać - powiedziała dumnie dziewczyna.

- Iri... - próbował protestować Killian, ale wściekły wzrok dziewczyny jasno dał mu do zrozumienia, że to na nic.

- Oh tato! Mamy ze sobą dwóch jedi! W tym jednego mistrza! Co złego może się stać? - powiedziała dziewczyna.

- Biorąc pod uwagę fakt, że wchodzimy do drugiej największej świątyni sithów jaką widziałem? Bardzo wiele - powiedział Esterach wyjmując ostrze z wrót.

- Miejmy tylko nadzieję, że żadnego tam nie spotkamy - powiedział pół-żartem Sient wydobywając swój miecz.

Esterach posłał mu tylko zimne spojrzenie, po czym obaj odeszli kilka kroków od drzwi, odłożyli swe miecze świetlne i pchnęli potężne wrota z użyciem mocy woli skoncentrowanej w obu rękach. Potężna tafla stopionego głazu najpierw się wygięła, a następnie dosłownie wystrzeliła w kierunku wnętrza pomieszczenia znajdującego się po drugiej stronie. Chwilę potem z wnętrza zaczęły wydobywać się liczne, obłąkańcze jęki i spazmy, wewnątrz pomieszczenia widoczne były błyski eksplodujących karabinów blasterowych, pistoletów i materiałów wybuchowych. Ten teatr upiornych świateł i przerażających wrzasków, dodatkowo ubarwiany przez syk gnącej się, pękającej i topiącej się blachy trwał kilka minut, po których wewnątrz pomieszczenia znajdującego się za drzwiami zapanowała niemal idealna cisza przerywana tylko dźwiękiem czegoś co aktualnie paliło się wewnątrz. Killian i jego córka wzięli po jednym granacie i stanęli z dwóch stron wejścia; pierwszy granat rzuciła córka mężczyzny, chłodząc wejście do pomieszczenia, podczas gdy drugi ładunek rzucony przez kapitana ugasił płomienie wewnątrz.

Esterach pierwszy wpadł do pomieszczenia, z odpalonym mieczem, wskakując do środka na szczupaka i robiąc efektownego fikołka, każdy jego mięsień był gotów do działania, każda komórka w ciele nastawiona do walki, jednak ku rozczarowaniu mężczyzny i jego będącego już w pomieszczeniu padawana, nie znaleźli nikogo z kim mogliby walczyć, do obu jedi dotarło jednak w jak poważnej sytuacji się znajdują. Killian wszedł zaraz za nimi, po nim weszła jego córka, a zaraz za nią do sporego pomieszczenia, weszła reszta piratów. Pomieszczenie było zbudowane na planie łuku rozszerzającego się od drzwi na boki i raptownie kończącego się pionową ścianą, na środku której, naprzeciwko poprzednich wrót, znajdowały się kolejne zaryglowane drzwi. Miejsce to w całości było wykonane z czarnego kamienia, tego samego, z którego składała się cała góra, wewnątrz której teraz się znajdowali, nie było tutaj jednak absolutnie nic ciekawego, żadnych zdobień, żadnych zapisów w czarnej mowie, jakie zwykle zdobią takie miejsca, był to surowy, pusty pokój, nie licząc jego podłogi, na którą właśnie zwrócił uwagę Killian.

- Jak kiedyś mi przyjdzie do łba spróbować oszukać jedi, przypomnijcie mi ten widok.

Piraci towarzyszący jedi dopiero teraz zwrócili uwagę na podłogę. W tafli zastygłej, spękanej na skutek nagłego zamrożenia rozpuszczonej skały, leżał teraz liczne ciała obrońców, ułożone w nienaturalnych, powykręcanych pozach, niektórzy z nich, najpewniej ci najdalej od wejścia, próbowali zdjąć swoje maski, na skutek czego piraci mogli teraz dostrzec ich przerażone wyrazy twarzy. Ten widok zmroził krew w żyłach większości z nich, byli oni jednak nieświadomi faktu, że oprócz aktu brutalności na jaki patrzą na ich nastrój wpływała jeszcze jedna siła, o której istnieniu zapewne nawet nie wiedzieli.

- Przepraszam bardzo - zaczęła nagle dziewczyna pocierając swoje ramiona aby się ogrzać - Ale czy jestem tutaj jedyną osobą, która czuje się jakby zaraz miała umrzeć?

- Efekt działania ciemnej strony mocy - powiedział Esterach przyglądając się kolejnym drzwiom.

- Ciemna strona jest tutaj aktywna? - spytał również widocznie zaniepokojony Killian.

- Aktywna, potężnie zakorzeniona i niezwykle agresywna, ktokolwiek i cokolwiek tutaj zrobił, coś przebudził, coś co nigdy nie powinno było zostać przebudzone - odpowiedział Esterach, po czym raptownie odsunął się od drzwi, odwrócił napięcie i spytał - Kto chce zostać tutaj i pilnować naszych tyłów?

Około połowy obecnych w pomieszczeniu piratów podniosło dłonie do góry.

- Macie świadomość, że zostanie na tyłach oznacza otrzymanie jedynie połowy z podziału dóbr, jakie tu znajdziecie? - spytał Sient.

Ręce utrzymane w górze pozostawiło już tylko kilku piratów.

- Wyśmienicie! - powiedział Esterach naciskając, niemalże niewidoczną na tle całych drzwi, płytkę na nich umieszczoną.

Drzwi najpierw przesunęły się do tyłu, a następnie zaczęły kryć się w suficie, odkrywając kolejny korytarz, który nawet w noktowizorach piratów, wydawał się być czarny niczym otchłań. Mistrz jedi wydobył wówczas spod swojego płaszcza małą kulkę, która to w rzeczywistości była sondą przystosowaną do skanowania pomieszczeń. Mężczyzna nie liczył, że wykryje ona pułapki ale mogła ona ułatwić im inne zadania.

- Dobra - zaczął Esterach podrzucając kulkę i pozwalając jej wlecieć do mrocznego korytarza - Tunel jest dość szeroki aby bezpiecznie iść w nim dwójkami, ja z Killianem idziemy na szpicy, Sient, weź sobie kogoś i zamknij kolumnę. Jakieś pytania?

- Mogę iść ze Sientem? - spytała córka Killiana.

Esterach spojrzał na Killiana, dając mu do zrozumienia, że to on ma o tym zdecydować, pirat kiwnął jedynie głową i już po chwili cała grupa zaczęła znikać w bezkresnej czerni korytarza.

__________________________________________________________________________________________________________

Esterach ostrożnie stąpał po posadzce korytarza, oświetlając sobie drogę z użyciem swojego miecza świetlnego. Ciemna strona mocy przesycała całe to miejsce, toteż zmysły rycerza były poważnie przytłumione. Zagrożenia mógł on dostrzegać tylko jeśli znajdowały się w odległości maksymalnie kilku metrów od niego, dlatego też szedł bardzo powoli. Piraci czuli się nieswojo, ściany tego miejsca, podobnie jak te na wejściu, były idealnie gładkie, podłoga była natomiast wyłożona kafelkami, Esterach nie wyczuwał jednak żadnej pułapki, co było tym dziwniejsze, że znajdował się w samym środku prastarej świątyni sithów. Rycerzowi bardzo trudno było skupiać się na swojej trasie, kiedy dziesiątki myśli odnośnie tego kto zbudował to miejsce, jak długo zajęła jego budowa, co w sobie skrywa ta świątynia, jakim cudem tak długo ukrywała się przed wzrokiem zakonu i co najważniejsze kim jest wspomniany na frontowych drzwiach Karanaganar, przelatywały przez jego umysł z częstotliwością pocisków opuszczających karabin maszynowy.

Korytarz nie był jednak nawet w połowie tak długi jak spodziewał się tego Esterach, po ledwie kilkunastu minutach; a przynajmniej czymś co wydawało się być kilkunastoma minutami, bo każdemu członkowi załogi piratów, a także Esterachowi i Sientowi wysiadły czasomierze; ostrożnego marszu cała grupa dotarła do naprawdę przestronnego, lecz co bardzo niepokoiło mistrza, pustego pomieszczenia postawionego na planie okręgu. W odróżnieniu od poprzedniego pomieszczenia to było już znacznie bardziej podobne do standardowego schematu świątyni. Ściany były tutaj niemalże całkowicie pokryte wydrapanymi na nich symbolami w mrocznej mowie. Sposób ich wykonania świadczył, że zostały one dosłownie wydrapane na ścianach paznokciami, co tworzyło dosyć upiorny efekt, który dodatkowo potęgowany był licznymi, ale małymi śladami krwi, aż za dobrze dopasowanymi do niektórych urwanych w połowie liter. Z całego pomieszczenia doskonale widoczne były trzy drogi, jedna, którą przyszła cała drużyna i dwie ułożone przeciwlegle do siebie, drzwi prowadzące do tych dwóch były jednak zamknięte.

Esterach i Sient natychmiast udali się do przeciwległych par drzwi i zaczęli uważnie je studiować, wcześniej skanując całe pomieszczenie z użyciem sondy, aby ustaliła ona za nich, co dokładnie jest napisane na ścianach. Często takie napisy były doskonałą wskazówką, na temat tego czego dokładnie mają się wystrzegać osoby przemierzające wielką świątynie. Przydomek "Szalony" jakim został ochrzczony władca owej świątyni był tutaj bardzo na miejscu, na ścianach były bowiem wydrapane głównie groźby i opisy strasznych tortur jakimi owy sith raczył swoje nieszczęsne ofiary. Piraci nie mieli pojęcia co jest wydrapane na tych ścianach, ale ciemna strona i cała atmosfera jaką przesycone było to miejsce, w zupełności wystarczały, aby podświadomie przeczuwali oni, że nie jest to żadna pomyślna wróżba.

- Mistrzu! Spójrz! - krzyknął raptownie Sient.

Esterach dostrzegł płytkę naciskową na drzwiach swojego padawana, która była ukryta podobnie do tej na pierwszych drzwiach, które jedi otworzył bez użycia miecza. Nie przeczuwając zagrożenia Sient nacisnął płytkę i nim Esterach zdążył do niego dopaść, raptem pomieszczenie zostało przedzielone na dwa, potężną pionową, spadającą z sufitu ścianą, która przy okazji zgniotła kilku piratów, którzy nie zdążyli zbiec na czas swoim ciężarem.

- Szlag by to trafił! - wrzasnął wściekle Esterach.

- Esterach zrób coś do cholery! Tam jest Iridiela! - krzyknął Killian.

- Zaraz zrobię - powiedział jedi i wbił swoje ostrze w ścianę.

Jednak ku zaskoczeniu Esteracha jego miecz zgasł gdy tylko zetknął się ze ścianą. Rycerz zaklął i spróbował ponownie wbić się w ścianę aby ją stopić, lecz osiągnął podobnie mizerny efekt. Raptownie pojawiająca się ściana, zagrodziła przy okazji wejście, jakim piraci i jedi dostali się do środka.

- Co się dzieje do kurwy nędzy!? - wrzasnął wściekły pirat.

Rycerz sprawdził swój miecz, jednak ogniwo było sprawne, a bateria wciąż pokazywała spory zapas mocy, kryształ kyber także był nietknięty. Wówczas Esterach zaczął przyglądać się materiałowi z jakiego zrobiona jest ściana i szybko zauważył, że nie jest to typowy czarny głaz z jakiego wykonane były dotychczasowe ściany budowli, lecz nieznany mu stop, który musiał być odporny na działanie mieczy świetlnych.

- Nie mam pojęcia - odpowiedział Esterach, po czym przyłożył dłoń do ściany.

Wyczuwał swego padawana i przynajmniej kilka osób dookoła niego, najpierw rycerz spróbował przywołać swego ucznia mocą, jednak nic to nie dawało. Esterach nie był faktem szczególnie zaskoczony, on sam ledwo był w stanie korzystać ze swoich zdolności, Sient był utalentowanym i silnym mocą chłopakiem, ale był jeszcze zbyt młody i niedoświadczony aby radzić sobie w takich sytuacjach. Kiedy Esterach po raz kolejny spróbował "przebić się" do swojego padawana, drzwi za jego plecami raptownie się otworzyły. Jedi natychmiast odpalił swój miecz, a piraci szybko wymierzyli swoją broń w ciemności kolejnego otwartego korytarza. Esterach pierwszy dostrzegł parę czerwonych ślepi spoglądającą ze środka, jedi szybko domyślił się, że nie jest to żaden z dotychczas spotkanych przeciwników. Nagle pomieszczenie zostało oświetlone całą serią pocisków blasterowych, jakie wystrzelił tajemniczy przeciwnik. Dwóch piratów otrzymało śmiertelne trafienia, Killian przyjął pocisk na klatkę piersiową, jednak jego pancerz wytrzymał uderzenie, najlepiej poradził sobie Esterach, który po prostu odbił pociski, trafiając przy tym przeciwnika.

Piraci natychmiast rozpoczęli ostrzał z każdej broni jaką akurat mieli pod ręką. To tylko rozjuszyło przeciwnika, który postanowił odpowiedzieć na ostrzał szarżą. Był to sporej wielkości droid bojowy, poruszający się na ośmiu odnóżach, z których każde było wyposażone w brzytwy. Centrum jego ciała stanowił pierścień, na którym znajdowała się jego głowa, wyposażona w cztery pary oczu, osadzone na sferycznej podstawie. Na samym szczycie machiny znajdowało się dwulufowe działko, z którego najpewniej machina przeprowadziła swój początkowy ostrzał. Kolejnych dwóch piratów padło martwych na skutek spotkania z ostrzami maszyny, które dosłownie rozerwały ich ciała na kawałki. Po uśmierceniu swoich przeciwników robot uniósł ich zakrwawione zwłoki nad ziemie i cisną w pozostałych oponentów, co prawda żadnego z nich nie trafił, ale efekt psychologiczny zadziałał jak należy, widząc zakrwawione ochłapy mięsa, które jeszcze przed chwilą były ich towarzyszami broni, piraci zaczęli uciekać na boki pokoju, zaprzestając swojego ostrzału. Wtedy do walki wkroczył Esterach, szybkim ruchem prześlizgnął się on pod wirującymi w powietrzu ostrzami maszyny, a gdy znalazł się pod nią zrobił użytek ze swego miecza. Żółta klinga przejechała po pierścieniu scalającym całą konstrukcję maszyny, przy okazji odcinając dwie wirujące kończyny blaszaka. Robot najpierw zachwiał się na nogach, po czym padł na ziemie, wydając przy tym dźwięk wyłączającej się maszyny.

- Co to było do kurwy nędzy!? - wrzasnął z przerażeniem jeden z piratów.

- Najwyraźniej jeden ze strażników świątyni - odpowiedział Esterach.

- Jeden!? Że jest tutaj takich więcej!? - wtrącił się drugi.

- Najpewniej. Jeśli będziemy ostrożni może spotkamy tylko kilku - powiedział Esterach.

- A jeśli nie? - spytał Killian.

- Wpadniemy na całą armie i żaden z nas nie wyjdzie stąd żywy - odpowiedział Esterach.

- Pierdole to, ja się stąd nie ruszam! Słyszycie!? Nie ruszam się! - wrzasnął jeden z piratów i skulił się w kącie pod ścianą, która wcześniej podzieliła pomieszczenie.

- Proszę bardzo. Możesz tu zostać. Strażnicy to co prawda maszyny, ale zwykle są programowane na podobieństwo drapieżników, chętniej rzucą się na samotną ofiarę niż na całą grupę - odpowiedział mu Esterach, który właśnie skończył sprawdzać pomieszczenie po drugiej stronie, poczuł że jego padawan i jego towarzysze się oddalają, co znaczy, że oni także musieli zaliczyć nieprzyjemne spotkanie i korzystają z faktu, że droga otworzyła się przed nimi.

Przekonany argumentacją rycerza pirat szybko zebrał się z podłogi i dołączył do reszty drużyny, która właśnie wchodziła w korytarz, z którego przybył strażnik. Była to jedyna możliwa droga, toteż nikt nie zastanawiał się nad czym czy pójście nią będzie dobrym pomysłem.

__________________________________________________________________________________________________________

Kolejny tunel miał jedną podstawową różnicę od swojego poprzednika, prowadził w górę. Jego ściany były zdobione nieco mniej od poprzedniej komnaty, ale ślady krwi wciąż były dobrze widoczne. Tunel był też o wiele dłuższy od swego poprzednika i bardzo powoli zakręcał. Na szczęście drużyna nie spotkała na swojej drodze żadnego strażnika, ani nawet zwykłych humanoidalnych obrońców, jacy powitali ich na wejściu, a przynajmniej do czasu dotarcia do kolejnego, ponownie okrągłego pomieszczenia, o podrapanych i zakrwawionych ścianach. Tam, jeszcze zanim jedi i jego grupa weszli do pomieszczenia już powitał ich ostrzał z licznych karabinów. Na szczęście korytarze, pomyślane tak aby ułatwić strażnikom przemieszczanie się, były dość szerokie aby Esterach mógł w miarę swobodnie manewrować mieczem i odbijać kolejne lecące w niego pociski. Kryjący się za mieczem świetlnym rycerza piraci odpowiadali ogniem, lecz przeciwnik musiał mieć jakąś formę osłony. Taka wymiana ognia trwała kilka minut, do momentu w którym Killian dobył jednego z podarowanych mu przez córkę krio-granatów i cisnął nim w przeciwników. Ostrzał obrońców momentalnie ustał, Esterachowi coś podpowiadało jednak, że to nie koniec potyczki.

Weszli do pomieszczenia znajdując całą drużynę zamrożonych przeciwników chowających się za dwoma osłonami. Ich pozy wskazywały na to, że usiłowali uciekać z pola rażenia granatu, w środku sali stał natomiast kolejny, również zamrożony strażnik. Piraci woleli nie ryzykować i w każdego z obrońców wpakowali przynajmniej jeden pocisk. Jeden z członków bandy spróbował także strzelić w strażnika, strzał padł z bliskiej odległości, dość bliskiej aby aktywowany tym nagłym trafieniem strażnik mógł dosięgnąć przeciwnika swymi ostrzami. Seria brutalnych cięć zadanych pod różnym kątem i na różnej wysokości poćwiartowała nieszczęsnego twi'leka, jaki spróbował zniszczyć robota. Machina przebudziła się i natychmiast chciała rozpocząć atak, jednak granat musiał uszkodzić jej odnóża kroczne, ponieważ robot cały czas stał w miejscu. Seria pocisków z działka oświetliła pomieszczenie zabijając kolejnego pirata. Killian z przerażeniem obserwował jak jego kilkudziesięcioosobowa grupa, raptownie zmienia się w kilkuosobową garstkę. Esterach odbił kolejne pociski maszyny trafiając właśnie w jej broń dystansową i niszcząc jedną z czterech par czerwonych ślepi. Rycerz przyskoczył saltem nad machiną i nim robot zdołał unieść swe ostrza nad głowę, żółta klinga już przepalała jego obwody. Dla pewności Esterach przerąbał już dezaktywującego się przeciwnika na pół. Głowa robota spadła na ziemie wydając głuche uderzenie, podczas gdy jej dolna część rozkraczyła się, uderzając płasko o podłoże.

Z tego pomieszczenia były dwa wyjścia, pierwsze położone idealnie na przestrzał, z którego dało się usłyszeć jakieś dźwięki, co było sporym zaskoczeniem dla Esteracha i piratów oraz drugie położone tuż obok pierwszego, prowadzące do góry. Rycerz chciał iść w stronę wejścia położonego z boku, jednak ciekawość wzięła nad nim górę i najpierw ruszył aby zbadać przejście prowadzące do tunelu położonego naprzeciw drzwi, którymi dotarli do pomieszczenia.

Marsz nie był długi, z każdym krokiem dźwięki stawały się co raz głośniejsze, a w tunelu, po raz pierwszy dało się dostrzec jakieś światła. Esterach i Killian szli bardzo powoli i ostrożnie. Widok jaki zastali po dotarciu do końca tunelu naprawdę ich przeraził. Przed nimi rozciągał się długi pomost przechodzący przez sam środek ogromnego pomieszczenia, z niego wychodziły liczne, mniejsze odnogi, prowadzące na wyższe i niższe poziomy. Jedi i pirat widzieli garstkę strażników świątyni krzątającą się przy licznych komorach karbonitu, z których co chwila uwalniani byli kolejni obrońcy i inni strażnicy. Esterach szybko jednak uspokoił się, na widok kolejnego rozmrożonego obrońcy, który się nie poruszał, coś musiało być mocno nie tak. Odpowiedź na to co dokładnie przyszła zaraz jak tylko jedi rozejrzał się po pomieszczeniu. Ujrzał on cztery generatory umieszczone na skrajach komnaty. Z czterech będących na miejscu, tylko jeden dawał oznaki funkcjonowania, reszta odpowiadająca zapewne za podtrzymywanie funkcji życiowych zamrożonych i ewentualną sprawność systemów naprawczych machin wojennych była nieaktywna, najpewniej rozwalona, lub wyeksploatowana do stanu nieużywalności, na skutek lat stałego funkcjonowania.

- Ja pierdole. Ile ich tu jest - powiedział cicho Killian.

- Spokojnie przyjacielu, większość z nich jest martwa, system komunikacji też im musi nawalać - odpowiedział spokojnie Esterach.

- Ta? A skąd wiesz? - spytał pirat.

- Na cztery generatory w tym pomieszczeniu aktywny jest jeden, a komunikacja musi im nawalać, zaatakowaliśmy frontalnie ich świątynie, włazimy do środka i mordujemy im ludzi i strażników, a oni kompletnie nas ignorują - odpowiedział Esterach.

Esterach rozejrzał się jeszcze raz po pomieszczeniu, szukając z niego innego wyjścia, niż to którym dotarli na miejsce, musiały być one jednak dobrze zamaskowane, albo po prostu nie istniały. Tak czy inaczej jedi nie miał czasu, ani nawet zbytniej możliwości aby ich poszukać, dał więc znak dłonią Killianowi, że czas wynosić się z tej komnaty. Mężczyźni powoli wycofali się z korytarza, po czym spotkali się z resztą załogi kapitana i ruszyli kolejnym korytarzem w górę świątyni.

__________________________________________________________________________________________________________

Dalsza droga była zaskakująco spokojna, chociaż drużyna przechodziła przez liczne okrągłe komnaty, były one niemal zupełnie puste, co było zapewne bezpośrednią konsekwencją widzianych wcześniej problemów z generatorami. Po drodze piraci i jedi, spotkali zaledwie dwóch strażników, którzy nie mając na podorędziu niczego czym mogliby zaszkodzić Esterachowi, zostali wyeliminowani bez strat po stronie załogi Killiana. Piraci spotkali też nielicznych obrońców z krwi i kości, nie byli oni jednak zbyt dużym wyzwaniem dla zaprawionych w bojach piratów, zwłaszcza że większość z nich, po bardzo długim pobycie w hibernacji była rozkojarzona i miała problemy z koncentracją. Tak naprawdę największym problemem były pokoje, których celem było testowanie wiedzy i inteligencji przemierzającego świątynie. Takie pomieszczenia zawierały wiele par drzwi, oraz inskrypcję będącą swego rodzaju zagadką, nad każdą parą drzwi znajdowało się natomiast pojedyncze słowo będące odpowiedzią, poprawna odpowiedź równała się dobremu przejściu, zła oznaczała spotkanie ze strażnikiem, lub inne śmiertelne zagrożenie. Na dodatek zagadki były pisane rymem, często zawierając liczne, zwodnicze, dwuznaczności czyniąc je naprawdę trudnymi do odgadnięcia, nawet dla Esteracha, który doskonale znał historię zarówno swojego zakonu, jak i jego śmiertelnie groźnego adwersarza. Na szczęście dla drużyny, mechanizmy świątyni były mocno przestarzałe, a na dodatek cierpiały na poważny brak w dostawach energii. W efekcie chmura trujących gazów, która w czasach świetności świątyni, bez wątpienia zabiłaby nieostrożnych intruzów, teraz nie stanowiła większego zagrożenia niż lekki podmuch wiatru. Podobnie było z miotaczem ognia, który po prostu nie miał już paliwa, zapewne na skutek uszkodzenia zbiorników, jedynym problemem były wrota, za którymi czyhali strażnicy, jednak i oni nie byli już aż takim zagrożeniem, jak pierwszych dwóch spotkanych przez drużynę, przedstawicieli tej grupy.

Mozolna, z uwagi na konieczność rozwikłania wielu zagadek, oraz ostrożnego przemieszczania się, wędrówka do głównej sali świątyni nareszcie dobiegła końca. Zegarek Killiana, który uaktywnił się po dodatrciu do czegoś co wyglądało na serce świątyni pokazywał, że cała droga zajęła im przynajmniej kilka godzin, co bardzo zaniepokoiło Esteracha. Rycerz nie spotkał bowiem na swojej drodze żadnego znacznego oporu, co więcej przeciwnicy będący około kilkadziesięciu, maksymalnie kilkuset metrów od ich pozycji nie rozpoczęli pościgu, a z pewnością zdążyli już zauważyć ślady starcia. Dotychczas Esterach miał tylko przeczucie, że wszystkie te niesprawne mechanizmy pułapek, nieliczne straże to tylko pozytywny zbieg okoliczności, wady przestarzałych mechanizmów, względnie coś co można uzasadnić w pełni racjonalną argumentacją, teraz nie miał wątpliwości odnośnie celowości tego zabiegu, a na potwierdzenie swych obaw, nie musiał czekać długo.

Monumentalna konstrukcja w kształcie piramidy ukryta była w trzewiach czarnej góry, podobnie jak całość kompleksu tak i ten budynek wykonany był z czarnego kamienia i pokrywały go wydrapane ślady, będące kolejnymi zdaniami zapisanymi w czarnej mowie. Esterach nie chciał straszyć bardziej swych towarzyszy, toteż nie powiedział im o wypatrzonych w dolinie u podnóża piramidy dziesiątkach tysięcy kości, skrytych we mgle otaczających cały konstrukt. Rycerz miał świadomość, że muszą to być szczątki twórców całego monumentu, których szczątki nie zdążyły się jeszcze obrócić w proch. Do samej piramidy prowadziły cztery wąskie mosty. Przez cały czas szybkiego marszu do wnętrza budowli, Esterach liczył, że zobaczy na jednym z mostów swojego padawna, Iridiele i piratów, cóż w pewnym sensie jego pragnienie po części się spełniło, jednak zupełnie nie tak jakby sobie tego życzył.

Kiedy byli już blisko piramidy ktoś wyszedł piratom na spotkanie. Nadpalona, brudna i poszarpana szata zapewne utrudniłyby identyfikację osoby, przylegający do ciała strój podkreślający świetną talie był popularny wśród atrakcyjnych kobiet, ale srebrnych włosów i oczu nie dało się pomylić z niczym innym. Widok Iridieli idącej chwiejnym krokiem, z ogromnym wysiłkiem stawiającej każdy kolejny krok, trzymającej się za brzuch przeraził Killiana i Esteracha, chociaż mieli oni różne motywy swoich obaw. Killian martwił się po prostu o swoją córkę, Esteracha natomiast dużo bardziej martwiło, że rana którą jej zadano, musiała zostać wykonana z użyciem miecza świetlego. Oczy dziewczyny wyraźnie rozszerzyły się na widok ojca i Esteracha, dotychczas pełne przerażenia, teraz wypełniły się radością i nadzieją. Esterach znał to spojrzenie, znał je aż za dobrze i bardzo go nienawidził, spojrzenie ofiary, która wierzy, że została ocalona, chociaż już dawno zapadł na nią wyrok. Jedi wolał jednak wierzyć, że rana nie jest aż tak poważna, nie jest aż tak głęboka, ułda możliwości ocalenia córki zaufanego przyjaciela, jednego z nielicznych jakich posiadał i chyba jedynego jakiego miał poza szeregami zakonu, była tutaj koniecznością, bez niej bowiem, Esterach z pewnością pogrążyłby się w żalu i rozpaczy.

Killian pierwszy dopadł do dziewczyny, która natychmiast osunęła się na ziemię, w silnym uścisku swego ojca, już wtedy nadzieja Esteracha biegnącego tuż za nim prysła. Jej obrażenia wewnętrzne były tak rozległe, że prawdziwym cudem był fakt, że dziewczyna w ogóle jeszcze żyła, nie wspominając o tym, że stała na nogach i była w stanie samodzielnie zbliżyć się do ojca.

- Tato... ja... ja przepraszam - mówiła drżącym głosem dziewczyna.

- Cichutko maleńka, nic nie mów. Jestem przy tobie - Esterach chyba po raz pierwszy w życiu słyszał Killiana mówiącego takim tonem.

- Ja umrę... prawda tato? - spytała Iridiela, a z każdą sylabą jej głos co raz bardziej się załamywał.

- Nie chcę umierać. Boję się śmierci - w tym momencie dziewczyna zaczęła szlochać.

- Nie kochanie, nie umrzesz, nie dzisiaj, nie teraz, nie pozwolę ci umrzeć! - kapitan starał się uspokoić dziewczynę.

- Jedi mówią... że po śmierci... każdy łączy się z mocą. To prawda? - spytała niepewnie przerażona Iridiela.

Esterach z trudem zachował spokój, wziął głęboki wdech i powiedział:

- Tak, to prawda.

- Czy to boli? - zapytała echani.

- Nie - odpowiedział rycerz.

- A czy... czy będę pamiętała kim byłam? - zapytała dziewczyna, chociaż każde słowo sprawiało jej co raz większy ból.

Esterach zamknął oczy i z trudem wydobył z siebie odpowiedź:

- Tak. Będziesz pamiętała.

Skłamał, Killian dobrze wiedział, że kłamie, nie miał mu jednak tego za złe, wręcz przeciwnie, docenił że Esterach pomaga mu uspokoić jego córkę.

- I wszyscy będziemy razem - dodał od siebie kapitan mocno tuląc swoją córkę.

- Ko... kocham... cię... ta... - Iridiela nie dokończyła zdania, jej oczy skryły się pod powiekami, głowa bezwładnie opadła na dłoń kapitana, a dłoń mocno trzymająca go za kark rozluźniła chwyt, by raptownie opaść i cicho uderzyć o podłoże.

- Iri! IRI! Nie nie nie nie nie nie NIE! - wrzasnął wściekle Killian i dodał - Esterach! Jesteś jedi! Zróbrze coś do cholery!

Ale Esterach milczał, jego ciało nawet nie drgnęło, Killian znał za to spojrzenie jakim patrzył na ciało dziewczyny. Esterach był wojownikiem, historykiem, taktykiem, ale marnym uzdrowicielem, co prawda potrafił poradzić sobie z prostymi ranami, albo takimi, które nie były zbyt rozległe, ale z pewnością nie był w stanie wyciągnąć kogoś ze stanu krytycznego, a nawet gdyby potrafił to zrobić mroczna aura tego miejsca z pewnością nie pozwoliłaby mu użyć pełnego potencjału zdolności, a te były tutaj niezbędne. Killian przytulił więc mocno martwą córkę do siebie, jego ciało zaczęło drżeć, Esterach czuł jego żal, smutek, cierpienie. Żaden z jego ludzi nie odważył się powiedzieć słowa, żaden z nich nie poruszył się nawet odrobinę, wszyscy obecni na miejscu, patrzyli teraz na swojego kapitana, płaczącego nad zwłokami swojej córki, wszyscy z wyjątkiem Esteracha, który w całym tym nawale smutku, żalu i cierpienia, wyczuwał teraz radość, satysfakcję, a nawet upojenie i ekstazę, rycerz patrzył na wejście do piramidy i natychmiast odpalił swój miecz.

Wyszedł powoli, jego skóra była blada, włosy z brązowych zmieniły barwę na brudno-szarą, jego oczy połyskiwały charakterystyczną dla oddania się ciemnej stronie poświatą, jego szaty były postrzępione a pancerz uszkodzony. W jednej dłoni trzymał swój odpalony, błekitny miecz świetlny, a drugą zaciskał na niewielkiej, połyskującej czerwonym światłem piramidce. Esterach doskonale wiedział z czym ma do czynienia, wykrzywiony w tryiumfalnym grymasie uśmiech Sienta był aż nazbyt upiorny, mistrz doskonale wiedział, że właśnie stracił swego padawana.

- Ty pieprzony sukinsynu! - wrzasnął Killian na widok Sienta - Zabiłeś mi córkę! Chuj mnie obchodzi, że jesteś uczniem Esteracha, zatłukę cie jak psa!

- Killian nie! - Esterach starał się powstrzymać przyjaciela, jednak ten za nic nie zamierzał go posłuchać, ani on ani jego ludzie.

Ta chwila nieuwagi dała Sientowi dość czasu, żeby potraktować Esteracha błyskawicą ciemnej strony, jaka wystrzeliła z holocronu sithów, dzierżonego przez padawana. Uderzenie było dość silne by odrzucić rycerza na kilka metrów i pozbawić go przytomności.

__________________________________________________________________________________________________________

Esterach gwałtownie się przebudził, widział on światła wychodzące z wnętrza piramidy, nie wiedział jak długo był nieprzytomny, zresztą nie bardzo go to obchodziło, jedyne co się teraz liczyło to powstrzymanie Sienta. Rycerz natychmiast rzucił się w stronę piramidy, w sam raz by dostrzec, jak jego padawan siłą woli łamie kręgosłu Killiana, po czym ciska jego martwe ciało o jedną ze ścian budynku. Wszędzie dookoła chłopaka leżały zwłoki innych piratów, wyrazy ich twarzy i nienaturalne pozy, oraz ułożenia ciał, wskazywały na to, że umierali oni bardzo bolesną śmiercią. Esterach dostrzegł jednak zmianę, był w pełni swej mocy, w pełni swych zmysłów, ciemna strona zdawała się nie odziaływać na samo centrum piramidy, co było raczej nietypowe, gdyż to tutaj jej koncentracja powinna być największa, mistrz szybko jednak zorientował się dlaczego tak się dzieje, kiedy jego spojrzenie skonfrontowało się z psychopatycznym wyrazem twarzy Sienta.

- Aaa, więc udało ci się przetrwać trafienie mojej błyskawicy. Jestem pod wrażeniem, większość ścierw jedi takich jak ty, padała po jednym jej uderzeniu. Ale to dobrze, lubię wyzwania, a uwierz mi, od wieków nie miałem okazji spotkać jakiegoś interesującego przeciwnika - głos Sienta był zniekształcony, nienaturalny, jego wargi się poruszały, lecz brzmiało to jakby ktoś inny sterował jego ciałem.

Wzrok Esteracha mimowolnie powędrował na holocron trzymany przez chłopaka.

- Ha! Jesteś sprytniejszy niż myślałem! Odrazu mnie rozgryzłeś. To może być naprawdę ciekawe starcie - powiedziała istota wewnątrz chłopaka.

- No co jest? Nie spróbujesz dotrzeć do swego padawana? Użyć logiki, rozsądku i swej mocy, aby go ratować? - zaśmiał się Sient.

Esterach przemilczał to w swojej opowieści o tamtych dniach, ale mając dostęp do wszystkich wspomnień Sienta, istota użyła wobec mistrza jednego, ukrywanego przez niego tytułu.

- Ah no tak, przecież dobrze wiesz, że dla niego nie ma ratunku, a więc to czas walki, prawda... krzyżowcu? - spytał chłopak odpalając swój miecz.

Esterach nie powiedział nic, chwycił jedynie swą broń, następnie odpalił ostrze, błyskawicznie machnął nim kilka razy przed sobą, po czym przyjął typową dla siebie postawę bojową, z mieczem uniesionym na linii lewego ucha i sztychem skierowanym w stronę przeciwnika. Sient stanął bokiem do swojego mistrza, z ostrzem umieszczonym na wyciągniętej dłoni i także skierowanym sztychem w stronę oponenta. Stali tak przez dłuższą chwilę obserwując się nawzajem, Esterach dobrze wiedział, że duch ma nad nim sporą przewagę, miał moc, wiedzę, zarówno swoją jak i padawana, znał ruchy mistrza i jego zachowanie na polu walki, Esterach miał natomiast przewagę w możliwościach swego ciała i w odróżnieniu od swojego przeciwnika, dobrze wiedział jaki jest jego najbardziej newralgiczny punkt, na którym musi skupić swoją ofensywę. Holocron w lewej dłoni Sienta, musiał zostać zniszczony, albo przynajmniej zostać odzielonym od dłoni padawana.

Esterach pierwszy ruszył do ataku, dosłownie rzucając się na swego ucznia, atak był jednak tylko sprawdzeniem przeciwnika, rycerz wolał mieć pewność i nie pomylił się, natychmiastową odpowiedzią Sienta było użycie holocronu, tym razem jednak, spodziewający się ataku Esterach zasłonił się mieczem i pozwolił by ten przyjął na siebie całe uderzenie. Błyskawicy towarzyszyła jednak fala telekinetyczna, która dosłownie cisnęła Esterachem, na odległość połowy pomieszczenia, w którym toczyła się walka. Rycerz wciąż miał dłonie zaciśnięte na swoim ostrzu, szybkim skokiem dopadł on do swego przeciwnika, zadał kilka mocnych uderzeń, po czym ponownie od niego odskoczył, a kiedy padawan skoczył za nim, Esterach natychmiast rozpoczynał atak, po czym ponownie się cofał. Za pierwszym razem opętany uczeń poczuł się pewnie, za drugim był rozbawiony, za trzecim poirytowany, a za czwartym po raz kolejny cisnął w Esteracha błyskawicą. Rycerz spróbował tego jeszcze kilka razy, aż wreszcie wściekły przeciwnik zaczął ciskać w niego błyskawicami kiedy tylko mógł, dzięki temu mistrz dowiedział się, jak często Sient może używać swego holocronu, co wyraźnie osłabiało jego organizm na przynajmniej kilka sekund.

Dowiedziawszy się czego chciał, Esterach zmienił swoją taktykę, ostrze zaczął trzymać blisko ciała, przekładać je z ręki do ręki, rzadko używając odydwu kończyn aby wykonać paradę. Sient zalewał go teraz prawdziwym gradem potężnych, błyskawicznie zadawanych ciosów, które Esterach zbijał swoim ostrzem, lub zmuszał padawana do wycofania się nagłymi kontrami zadawanymi na bardzo bliskim dystansie. Oczywiście nie oznaczało to, że Esterach miał absolutną kontrolę nad walką, istota jaka opanowała ciało Sienta była ewidentnie szczęśliwa, że może użyć ciała chłopaka do walki z jego mistrzem, wiedziała też, że Esterach będzie miał poważne opory przed odebraniem padawanowi życia i często wystawiała się na trafienie, z których Esterach nie korzystał. Wiedząc, że nie musi obawiać się o defensywę swego ciała, Sient całkowicie skupił się na ochronie holocronu, co poważnie komplikowało sprawę. Na dodatek duch był bardzo nieprzewidywalny, nie atakował teraz odrazu po naładowaniu swego urządzenia, ale w momentach, kiedy Esterach miał poważne problemy ze sparowaniem ataku, nieraz przypierając mistrza do muru, ten jednak dzięki swojej taktyce zawsze dawał radę wyślizgnąć się z ofensywy Sienta.

W końcu nastało to na co Esterach czekał, będące w ciągłej ofensywie ciało Sienta zmęczyło się, zadawało cięcia coraz wolniej i coraz słabiej. Wtedy Esterach przeszedł do swojej ofensywy, chwycił miecz w obie dłonie i zaczął wściekle atakować swego ucznia, potężne ciosy zadawane z góry, z doły, z boków i z ukosa, błyskawiczne sztychy, których chłopak unikał cudem, czy może raczej dzięki niechęci mistrza do wyrządzenia mu krzywdy, istota wewnątrz ciała Sienta zdała sobię sprawę z faktu, że dała się podejść i w akcie desperacji zebrała kolejny, tym razem dużo potężniejszy ładunek, Esterach czekał właśnie na ten moment, chociaż nie spodziewał się aż tak widowiskowego efeku. Jego ostrze uderzyło w holocron właśnie w chwili, gdy miała z niego wystrzelić kolejna błyskawica. Obaj mężczyźni zostali oślepieni falą fioletowego światła i odrzuceni na przeciwległe strony komnaty.

Esterach z trudem zmusił swoje powieki do ponownego otwarcia się, wszystko było rozmyte i niewyraźne, rycerz musiał więc dać sobie czas na przystosowanie się do otoczenia. Kiedy już jego oczy odzyskały ostrość widzenia, mógł on oszacować stan strat. Jego szata od ramion w dół zmieniła się w postrzępioną, osmaloną szmatę, która wyglądała jak mocno wysłużone odzienie bezdomnego. Pancerz był poważnie uszkodzony, większość elektroniki nie nadawała się już do użytku, część Esterach musiał wyrzucić bo generowała ryzyko awarii i zagrożenie dla jego zdrowia. Chociaż każdy ruch sprawiał mu ból z radością rycerz stwierdził, że żadna z jego kończyn nie jest złamana. Esterach rozejrzał się po sali, wszędzie dookoła leżały ciała piratów, po drugiej stronie sali mężczyzna dostrzegł ciało swego padawana, do którego zaczął natychmiast zmierzać.

Rycerz powoli zbliżył się do swojego ucznia, od lewej dłoni aż do klatki piersiowej jego pancerz praktycznie nie istniał, skóra na tym odcinku była zwęglona, a przez resztę ciała przechodziła siatka czerwonych śladów, będących najpewniej efektem poparzenia. Sient leżał bezwładnie na ziemi wciąż jednak ściskając czarny, wciąż dymiący przedmiot w dłoni. Esterach chciał wyjąć przedmiot z jego ręki, najpierw jednak chciał zabrać swemu uczniowi miecz, spoczywający w jego bezwładnej ręce. Ich skóra zetknęła się na moment, ułamek sekundy, a skrawek ciała na jakim miało miejsce spotkanie był tak mały, że niemalże niezauważalny. To w zupełności wystarczyło by mroczna esencja w ciele chłopaka przeszła na Esteracha. Rycerz poczuł wszechogarniające zimno, narastający chłód, strach, gniew, żal i smutek, a potem nagle wszystko to zniknęło, Esterach nie czuł już nawet tęsknoty za utraconym przyjacielem w postaci kapitana. Rycerz myślał, że jest to tylko chwilowy efekt wynikający z kontaktu z ciałem swego padawana, nie odważył się jednak dotknąć ciała Sienta po raz kolejny i pozostawił je w mrokach upiornej świątyni, jednak dla pewności odciął rękę chłopaka dzierżącą holocron i wbił swój miecz w urządzenie sithów. Nie doszło jednak to żadnej gwałtownej reakcji, przedmiot po prostu stopił się na skutek temperatury i zmienił w bezładną plamę rozgrzanego metalu.

Rycerz jeszcze jakiś czas błąkał się samotnie po świątyni, znajdując wreszcie hangar i statek, jeden z wielu obecnych, lecz jeden z niewielu działających, jakie znajdowały się na wyposażeniu tego mrocznego miejsca. Zabrał na pokład ciała Iridieli i Killiana. Kiedy stawał przed załogą swego starego drucha nie był w stanie powiedzieć ani jednego słowa, dał im po prostu akt oczyszczający ich z wszystkich ciążących na nich wyroków i odszedł. Nigdy nie odważył się spojrzeć żadnemu z nich w oczy, nigdy nie odważył się nawet polecieć na rodzinny świat Killiana, nie był w stanie znieść świadomości, że może być w jednym miejscu z żoną kapitana, która zawierzyła mu życie swojego męża i córki, którzy z jego winy do domu wrócili w trumnach.

__________________________________________________________________________________________________________

Siedzieli teraz na jednej z wzmocnionych skrzyń przed statkiem Esteracha. Nyiara siedziała bokiem do niego, opierając się swoim barkiem o jego ciało i przytulając do jego pancerza. Esterach obejmował ją jednym ramieniem i gładził po głowie drugim.

- To była moja wina - powiedział Esterach i dodał - Nie tylko moja nieostrożność, przez którą nas rozdzielono. Sient był wszystkim czego chciałem, odważny, dumny, pewny siebie, charyzmatyczny, wojowniczy, a do tego potężny mocą i bardzo szybko pojmujący praktycznie każde poruszone z nim zagadnienie, a przynajmniej tak sobie to tłumaczyłem - mistrz ciężko westchnął i kontynuował - Przez własną dumę, nie dostrzegłem jego problemów, rosnącą pychę, nazwałem dumą, wojowniczą gorliwość, która łatwo może przerodzić się w żądze krwi nazywałem młodzieńczym zapałem, nieustępliwość i uprór wolałem widzieć jako charyzmę i pewność siebie. Ja sam, byłem zbyt dumny, żeby widzieć czym się staje, że jest podatny na ciemną stronę i wreszcie kiedy przyszła godzina próby, mój uczeń uznał się za silniejszego niż był...

- Co było potem? - spytała Nyiara swoim łagodnym, zatroskanym, nieco naiwnym, twi'lekańskim głosem, który z jakiegoś powodu działał niezwykle kojąco na Esteracha, jednocześnie uczennica nie przestawała przytulać się do mistrza.

Nyiara czuła aż za dobrze ból z jakim przychodziło Esterachowi wypowiadanie każdego słowa tej opowieści, więc starała się go jakoś zmniejszyć

- Wolisz wersje opowiedzianą głosem mistrza dającego przykład młodej padawance, czy głosem osoby, która nie boi się mówić o tym czym się stała i co zrobiła? - odpowiedział pytaniem mężczyzna obejmując Nyiarę ramieniem.

- Jaka różnica? - zapytała twi'lekana.

Esterach westchnął i nie przestając gładzić swojej padawanki po głowie powiedział:

- Stary mistrz powie ci, że jego umysł zasnuła ciemność, że został zwiedziony i podstępnie opanowany przez ciemną stronę, jednak jakby tego nie nazywać, choćby w sam nie wiem jak kwiecistą mowę tego nie ubierać, powiedzieć że kompletnie mnie wtedy popierdoliło, to bardzo duże niedopowiedzenie...

__________________________________________________________________________________________________________

Kolejny napastnik rzucił się na Esteracha, zabrak uzbrojony w dwuręczny topór wojenny parł prosto na rycerza, właśnie zajętego walką z jego pobratymcem uzbrojonym w dwa vibro-miecze. Esterach przekonał się już, jak skuteczna jest ta broń kiedy przychodzi do walki z użytkownikiem miecza świetlnego, odpuścił więc sobie parowanie ataków, a zamiast tego uskakiwał, lub uchylał się przed szybkimi i niezwykle celnymi jak na nieuzdolnioną w mocy istotę, cięciami. Zabrak uzbrojony w dwa miecze spróbował jednoczesnego cięcia z ukosa na głowę mężczyzny i pchnięcia w jego nogę, co ciekawe celem była tutaj właśnie kończyna rycerza a nie jego czerep, zabrak nie chciał dawać mu szybkiej śmierci, jakby nie patrzeć jedi wyrżnął już wszystkich pozostałych członków bandy do jakiej należał mężczyzna. Jedi gwałtownie odskoczył od mężczyzny unikając obu cięć, zakręcił się na jednej nodze odcinając obie ręce uzbrojonego w topór przeciwnika już szykującego się do zadania ciosu, po czym potężnym kopnięciem w twarzy powalił pierwszego napastnika, nie spodziewającego się takiego zagrania. Esterach przełożył swój miecz pod pachą, ostrze przepaliło się przez pancerz, ubranie i skórę mężczyzny, a następnie wbiło się w jego narządy wewnętrzne smażąc jego wnętrzności. Nim przeciwnik uzbrojony w dwie bronie powstał z ziemi, ostrze rycerza już przepalało jego mózg, powodując że zagotowana tkanka zaczęła wypływać oczami. Esterach wydobył swój miecz z ciała ostatniego już martwego przeciwnika i rozejrzał się dookoła.

Znajdował się w centrum niewielkiego urokliwego miasteczka, chociaż może raczej powinien to nazwać nieco większą wsią? W każdym razie było zbyt małe i zbyt mało ważne aby republika pofatygowała się zająć problemem mieszkańców jakim była grupa bandytów, która stale nękała miejscowość, traktując ją jako swój prywatny plac sadystycznych zabaw. Teraz ich rozpołowione, częściej całkowicie rozczłonkowane, rzadziej po prostu ponacinane lub poprzebijane, a nadwyraz często porozbijane o ściany budynków, lub zmasakrowane z użyciem mocy ciała przyozdabiały mieścinę, nadając groteskowego i upiornego kontrastu spokojnej, słonecznej miejscowości, położonej w niewielkiej dolinie, otoczonej licznymi zielonymi polami. Rycerz wyczuwał jednak, że coś nadal jest nie tak, nie licząc przerażenia kryjących się po domach mieszkańców, którzy mogli podziwiać rzeź jakiej dokonał Esterach ze swych okien, przy okazji wdychając opary smażonej tkantki i wylewających się z ciał przeciwników płynów ustrojowych, jedi nadal wyczuwał inny od pozostałych strach dwójki istot, strach ten był dziwinie znajomy, chociaż nie był on w stanie przypomnieć sobie skąd zna ten rodzaj strachu, dopóki nie otworzyły się drzwi jednego z domów.

Wyszła z niego przerażona ludzka kobieta, o długich blond włosach i błękitnych oczach z dzieckiem na rękach. Esterach widział przerażenie na jej twarzy, łzy cieknące po policzkach i spojrzenie błagające o ratunek. Mały, na oko trzyletni chłopczyk na jej rękach z zaciekawieniem i niepokojem wpatrywał się w zaciemnione pomieszczene, z którego zaraz potem wyszedł kolejny, tym razem togrutański bandyta. Trzymając kobietę na muszce swego blastera, wyszczerzył się paskudnie do rycerza i powiedział:

- Dzięki za wybicie pozostałych! Teraz cały towar jest mój! A teraz wypieprzaj stąd zasrany rycerzyku, albo ta suka i jej bachor zginą!

Esterach tylko się uśmiechnął, po czym szybko, szybciej niż jakikolwiek normalny człowiek mógłby to zrobić machnął swoją ręką. Fala mocy cisnęła bandytą. Jego ciało uniosło się nad ziemie i z wielką siłą uderzyło o framugę drzwi prowadzących do budynku, z którego wyszedł. Trzask pękającego kręgosłupa rozszedł się po otoczeniu, ciało faceta padło bezwładnie na ziemie, był martwy.

- Radzę się pani ukryć, to jeszcze nie koniec atrakcji jakie czekają tą wioskę - powiedział Esterach mrocznym, upiornym głosem.

Windu zobaczył jak kobieta ucieka spowrotem do swego domu. Esterach stał spokojnie, odwrócony plecam do niego, Mace doskonale wiedział, że mężczyzna wyczuwa jego obecność, nie zamierzał kazać mu czekać. Kiedy tylko Windu zbliżył się do niego, natychmiast wyczuł mroczną moc jaką emanował Esterach. Cokolwiek stało się z rycerzem, musiało mieć związek z misją na jaką wysłała go rada. Esterach nie powrócił do świątyni na Coruscant po wydarzenach jakie miały miejsce wewnątrz czarnej góry, nie zdał raportu, zostawiał za to za sobą szlak zniszczonych pirackich placówek i całe stosy zmasakrowanych zwłok. Mace przeczuwał najgorsze, spodziewał się upadku Esteracha, nie byłoby to niespodziewanym zdarzeniem; Esterach od zawsze był radykałem, pochodził z klanu Mandalorian, którzy wciąż przestrzegali zasad zawartych w Resol'nare, w zasadzie on sam także ich przestrzegał, na tyle na ile mógł. Z każdą rzezią jakiej dokonywał Esterach, Windu rósł jednak w niepewności, jedi którego ścigał mordował, brutalnie i bezlitośnie, ale jego ostrze ani razu nie skrzywdziło niewinnego, wręcz przeciwnie, wielu z tych, na których wezwanie Esterach odpowiedział miało go za bohatera, dlatego i tylko dlatego, Windu był gotów powstrzymać swoje ostrze.

Esterach odwrócił się i powoli skierował swój wzrok na Mace'a. Windu widział teraz wyraźnie jego obdarte, zakrwawione, postrzępione szaty, uszkodzony pancerz, a wreszcie także wzrok Esteracha, przepełniony nienawiścią, gniewem, bólem i cierpieniem, do tego stopnia, że oczy mężczyzny wydawały się płonąć. Windu doskonale widział co oznacza ta zmiana ubarwienia wzroku i bez wachania dobył swego ostrza. Nie było żadnej rozmowy, negocjacji, dyskusji, obaj mężczyźni błyskawicznie sięgneli za broń i rzucili się na siebie. Ciemna strona Esteracha stale nakazywała mu przeć w ślepą, potężną ofensywę, przyćmiewając racjonalne myślenie i zdrowy rozsądek, dopiero teraz, w walce z oponentem wolnym od tego myślenia Esterach zrozumiał w jakiej sytuacji był jego uczeń. Ta walka była jednak inna od poprzedniej, tutaj to Windu był tym silniejszym, Esterach wiedział, że aby wygrać tą walkę, musiałby ją zacząć od defensywy, która zmęczy napierającego oponenta, by następnie błyskawicznie go zdominować używając tyle siły ile to tylko możliwe. Było to jednak o tyle problematyczne, że mroczna moc stale kazała Esterachowi szarżować, a ponieważ Windu był po prostu lepszym szermierzem od Esteracha, każde tego typu natarcie było rozbijane przez mistrza uzbrojonego w swój fioletowy miecz, każda kolejna akcja defensywna Mace'a skutkowała co raz większym gniewem Esteracha i chęcią do ataku. W trakcie walki z Macem, Esterach toczył walkę wewnątrz siebie, aż w końcu, kiedy już dopadło go zmęczenie zbyt wielkie aby miał szanse na zwycięstwo, udało mu się przełamać nieodpartą chęć ciągłego atakowania i skupił się na defensywie. Windu szybko spostrzegł zmianę taktyki rywala, widząc też, że aktywność ciemnej strony, chociaż wciąż silna, znacznie osłabła postanowił wykorzystać okazję i rozpocząć potężny atak. Esterach nie był w stanie obronić się przed natarciem mężczyzny, szybko został rozbrojony, a następnie ogłuszony.

__________________________________________________________________________________________________________

- I co... co było dalej? - spytała niepewnie Nyiara zaciskając swoje dłonie na szyi i głowie Esteracha, że ten poczuł słaby ból fizyczny.

Dziewczyna musiała być przerażona faktem, że Esterach odważył się podnieść miecz na innego rycerza i to na dodatek na członka rady. Esterach pogładził ją najpierw po jednej, a potem po drugiej dłoni, sprawiając że dziewczyna nieco poluzowała swój chwyt, a następnie odpowiedział:

- Zabrał mnie na Coruscant przed oblicze rady. Mistrzowie, delikatnie mówiąc, nie byli zachwyceni moim postępowaniem, ani tym bardziej aurą jaką roztaczałem, część z nich była nawet gotowa pozbyć się mnie permanentnie...

- Chcieli cię zabić!? - wtrąciła się twi'lekana.

- Wiesz Nyiara, jedi mają... lepsze sposoby na pozbycie się problematycznego użytkownika mocy, niż odebranie mu życia - odpowiedział jej Esterach.

- Jakie? - spytała niechętnie dziewczyna.

- Różne. Nieprzyjemne, z mojej perspektywy gorsze niż śmierć, jakie dokładnie dowiesz się kiedy będziesz starsza i bardziej doświadczona, nie pytaj mnie o to, rada już i tak będzie wkurzona, że w ogóle opowiadam ci o Siencie - odpowiedział Esterach.

Dziewczyna pokornie kiwnęła głową i ponownie wtuliła się w pancerz mężczyzny, pozwalając mistrzowi kontynuować.

- Tak czy siak, kiedy dowiedzieli się co dokładnie się stało i gdzie mnie tak naprawdę wysłali większość z nich szczerze się przeraziła, żaden z nich nie odważył się już wyjść z propozycją wywalenia mnie z zakonu. Widzisz, zakon nie wiedział gdzie dokładnie nas wysyła, myśleli, że to miejsce to po prostu zwykła baza piratów, którzy postanowili wybić kilka okolicznych wiosek, żeby nikt się do nich nie zbliżał, obecność ciemnej strony jak i istnienie całej świątyni, było ukryte tak dobrze, że nikt nie wiedział o jej istnieniu. Na domiar złego okazało się że holocron, który znalazł Sient nie był typową bazą danych, tylko zmodyfikowaną wersją zaprojektowaną, żeby spętać umysł pierwszej osoby wrażliwej na moc jaka go dotknie, a następnie zatruć go wizją obmyśloną przez jego konstruktora. W tym wypadku wizją tą była po prostu typowa dla sithów chęć dominacji, posiadania, mordu i stałej pogoni za mocą. Jak się okazało jeden użytkownik mocy może przenieść ją na drugiego i tym właśnie oberwałem w świątyni sithów kiedy dotknąłem ciała Sienta, echem mrocznego rozkazu z holocronu.

- Z jakiegoś powodu jednak, nie zadziałało to na mnie jak powinno, być może moja nienawiść do holocronu za odebranie mi padawana, a przy okazji zabicie przyjaciela i zarżnięcie jego córki zniekształciła rozkaz? Być może stare urządzenie było poprostu uszkodzone? Tak czy siak żądza władzy i mocy zmieniła się w żądze krwi, co spowodowało mój trwający prawie miesiąc rajd po galaktyce, w trakcie którego zatłukłem... coś ponad tysiąc istnień - powiedział Esterach, po czym przerwał na moment, aby ponownie uspokoić swą padawankę i znów kontynuować.

- Potem rada zamknęła mnie w świątyni pod kluczem, starali się ze mną rozmawiać, przemawiać mi do rozsądku, ale szał i chęć mordu wciąż była we mnie silna. Siedziałem tak przez miesiąć, myśląc, medytując i robiąc masę innych rzeczy zaleconych przez radę, które oczywiście nic nie dawały, aż wreszcie chęć zmasakrowania jakiegoś przeciwnika wzięła nade mną górę. Powaliłem moich strażników, wydarłem im ich broń i zwiałem ze świątyni. Dopadłem jakąś grupę piratów, odpaliłem miecze i ich zmasakrowałem... - w tym momencie Esterach urwał wypowiedź.

Siedzieli tak jeszcze przez chwilę w milczeniu. Nyiara była przerażona tą opowieścią, ale nagłe zamilknięcie Esteracha okazało się być gorsze od tego co mówił.

- Mistrzu? - spytała niepewnie dziewczyna, spoglądając na rycerza, który teraz w zamyśleniu patrzył na swój statek, twi'lekana niechętnie odezwała się ponownie - Mistrzu?

- Hmmm? - odpowiedział Esterach, a ton jego odpowiedzi był tak pozbawiony emocji i uczuć, że dziewczyna przez moment miała wrażenie jakby rozmawiała z maszyną.

- I co było potem? - powiedziała nieco drążcym głosem Nyiara.

- I nic - odpowiedział niespodziewanie Esterach i zaraz wytłumaczył - Dosłownie nic, wszystko zniknęło, żądza krwi, gniew, smutek, żal, wściekłość, wszystko co przez cały ten czas, wszystko co nękało mnie od czasu walki w świątyni zniknęło. Kiedy wróciłem do świątyni, tym razem sam, bez pomocy żadnego z mistrzów, rada była zaskoczona widząc mnie w pełni władz umysłowych, bez mrocznej mocy jaka mnie otaczała. W świątyni spędziłem jeszcze kilka tygodni, medytując, odpoczywając, czytając, generalnie nie robiąc nic pożytecznego, aż w końcu rada uznała, że chyba mój stan wrócił do normy. Rada wysłała kolejnych jedi, tym razem przygotowanych na to co mogą tam odnaleźć, zniszczyli świątynie i wybili wszystkich ocalałych obrońców i strażników, a dookoła góry utworzyli strefę zamkniętą, do której nikt nie ma prawa się zbliżyć.

- Twój stan, chyba wrócił do normy? - zapytała twi'lekana.

- Zdarza mi się, że to wraca, kiedy sam chcę komuś odebrać życie, z własnej woli, wtedy to wraca, ale jest bez porównania słabsze i mogę to opanować - odpowiedział Esterach.

- A czy... a czy od czasu walki z mistrzem Windu, zdarzyło ci się użyć tej mocy przeciwko innemu jedi? - spytała przestraszona Nyiara.

Esterach parsknął śmiechem, po czym przytulił dziewczynę mocniej do siebie. Z jakiegoś powodu Nyiara poczuła się bezpiecznie w jego ramionach, niezależnie od tego czy Esterach użył mocy aby ją uspokoić, czy po prostu dziewczyna lubiła mocne przytulenia, nie narzekała na efek.

- Nie martw się Nyiaro, nie musisz się mnie bać.

Nie była przekonana, Esterach o tym wiedział i wcale się temu nie dziwił, ale nie mógł jej tego pokazać lepiej niż tym przytuleniem, które na obecną chwilę wystarczało dziewczynie, aby przestała się ona obawiać swego mistrza, a w każdym razie przestała się go obawiać na tyle, by chwilowo porzucić pomysł natychmastowej ucieczki na Coruscant. Siedzieli tak jeszcze przez jakiś czas, aż wreszcie Esterach uznał, że najwyższy czas zająć się resztą piratów, którzy postanowili ich zaatakować. Miał wobec nich pewne plany i zamierzał je zrealizować.

Rozdział III Piraci

- Dzięki za pomoc Lizzie, jesteś najlepsza - powiedział Esterach.

- Nie ma sprawy Esterach - odpowiedział mu łagodny kobiecy głos wydobywający się z jego komunikatora na ręce.

Esterach i Nyiara szybkim krokiem zbliżali się do drzwi hangaru, w którym według raportu sił porządkowych Atlastaru, które za pewną opłatą udostępniły rycerzowi swoją bazę danych i pomogły mu w załatwieniu jego spraw, była teraz uwięziona grupa piratów, stanowiąca niedobitki bandy, która zaatakowała Esteracha w jego hangarze. W sumie jedi nie mógł narzekać na sytuację, bandyci którzy go zaatakowali wyświadczali mu naprawdę olbrzymią przysługę i pozwalali zaoszczędzić masę czasu. Nyiary nie dziwiło już ani to, że jej mistrz wydawał się doskonale wiedzieć z kim rozmawia przez swój komunikator, ani to że znał odpowiednią częstotliwość, ani to jak chętnie "siły policyjne" przyjęły łapówkę za to aby nie reagować na ewentualne wezwania o pomoc z hangaru, dziewczyna po prostu szła za nim nie zwracając na siebie uwagi i spokojnie obserwując jego działania.

- Z kim rozmawiałeś - spytała twi'lekana.

- Ze znajomą - odpowiedział Esterach i zaraz dodał - Nie martw się, niedługo ją poznasz.

- Powinnam coś o niej wiedzieć? - spytała dziewczyna.

- Lubi dobre maniery, skąpe i szykowne stroje, bycie uprzejmym, ale jest przy tym dosyć... specyficzna - odpowiedział mistrz.

- Specyficzna to znaczy? - spytała Nyiara.

- Zobaczysz - odparł mężczyzna.

__________________________________________________________________________________________________________

- Jak to kurwa nie możecie otworzyć wrót hangaru! - wrzasnął do komunikatora ludzki mężczyzna, wydający się być hersztem całej grupy.

- Bardzo mi przykro proszę pana, ale doszło do awarii wrót i ich otwarcie jest niemożliwe - odpowiedział mu łagodny kobiecy głos dochodzący z komunikatora.

- Nie pogrywaj ze mną suko! Dobrze wiem, że to wasza robota! Główny komputer wydał rozkaz zapieczętowania wrót! - wrzasnął mężczyzna.

- Przepraszam bardzo, nie usłyszałam, czy może pan powtórzyć - odpowiedziała kobieta po drugiej stronie.

- Przysięgam ci szmato! Znajdę cię i zatłukę! Osobiście wypatroszę! - wrzeszczał pirat.

Odpowiedział mu jedynie śmiech, upiorny, chwilami wręcz spazmatyczny, histeryczny śmiech, jaki wydobywał się teraz nie tylko z jego komunikatora, ale ze wszystkich komunikatorów, wszystkich piratów w pomieszczeniu, głośników hangaru, a nawet komunikatorów na statkach piratów. Śmiech ten odbił się cichym echem na wszystkich transmisjach głosowych całego Atlastaru Jeden. Większość mieszkańców zignorowała go, uznając za zwykłe zakłócenia wynikające z wielkiej ilości, słabej jakości przekaźników, nadajników i odbiorników, jakie powodowały potężny szum komunikacyjny na powierzchni całej planety, bardziej wtajemniczeni woleli jednak przez pewien czas trzymać się na dystans od lądowiska. Światła w hangarze piratów zgasły całkiem, ich statek także został wyłączony, nawet ich komunikatory osobiste przestały działać. Wszyscy w przerażeniu starali się odnaleźć siebie nawzajem, co chwila się przepychali, wpadali na siebie lub przedmioty akurat leżące na ziemi, fundując sobie bolesne spotkania z podłogą.

Kręcili się tak przez kilkanaście minut, aż nagle usłyszeli dźwięk otwieranych drzwi do hangaru. Bandyci z przerażeniem odkryli, że nie są w stanie dostrzec żadnego światła, co oznaczało, że lampy na korytarzu do hangaru także nie działały. Noszący noktowizor Esterach zobaczył całą bandę przestępców tarzających się po podłodze, którzy w przerażeniu i kompletnych ciemnościach usiłowali dostać się do swego statku. Na ten widok Esterach wybuchł gromkim śmiechem, Nyiara także nie była w stanie powstrzymać uśmiechu pojawiającego się na jej twarzy na skutek obserwacji całej sceny.

- Kto tu jest!? - wrzasnął herszt bandy.

- To ty suko!? - wrzasnął ponownie dobywając swego blastera.

- Pokaż się szmato! - krzyną jeszcze raz facet.

Esterach pokręcił tylko głową z zażenowaniem, że przedstawiciel jego gatunku, który jest uznawany za cywilizowany wykazuje taki brak manier i szacunku dla płci pięknej.

- Lizzie zapal proszę światła, denerwuje mnie obserwowanie świata przez noktowizor - powiedział spokojnym głosem Esterach.

- Jak sobie życzysz mistrzu Esterach - odezwał się głos w głośnikach.

Światła zapaliły się momentalnie uświadamiając wszystkim obecnym na miejscu piratom w jak żałosnym położeniu się znajdują. Chwilę zajęło im przystosowanie się do oślepiająco jasnego, znacznie jaśniejszego niż było poprzednio, oświetlenia. Widząc dwójkę ludzi stojącą przy wejściu do hangaru natychmiast podnieśli się z ziemi. Część wymierzyła w nich swoje blastery, część wolała niepewnie pozostać na tyłach.

- Który idiota tu dowodzi? - spytał popisując się elokwencją Esterach.

Po chwili przed zdenerwowaną grupę wyszedł mężczyzna przeciętnego wzrostu, obdarzony pokaźną ilością tkanki tłuszczowej na brzuchu, o krótko ściętych blond włosach, w czarnej bluzce z długim rękawami, skórzanej kurtce z pokaźną liczbą kieszeni. Jego jasne spodnie kontrastowały z czarnymi butami i pasem, do którego przypięta była kabura na broń, po którą właśnie sięgał mężczyzna. Rycerz spojrzał na jego twarz wyrażającą tęsknotę za inteligencją i szybko zrozumiał, że to musi być krótka, treściwa i intensywna konwersacja.

- Ja tu dowodzę! A ty kim kurwa jesteś!? - zapytał wściekle pirat.

Wtedy do herszta niepewnie zbliżył się poraniony pirat, którego Esterach wysłał z wiadomością po ataku na jego hangar. Herszt wysłuchał szeptów swego towarzysza, Esterach i Nyiara obserwowali jak jego wzrok niepewnie wodzi po ich ciałach, rycerz wiedział, że najbliższa chwila będzie bardzo interesująca. Mężczyzna gdy tylko usłyszał z kim dokładnie ma do czynienia natychmiast wymierzył swój blaster w Esteracha i pociągnął za spust. Nyiara zrobiła krok do tyłu i błyskawicznie dobyła swego miecza, niebieska klinga błysnęła w pomieszczeniu, dziewczyna nie usłyszała jednak dźwięku strzału, jej mistrz stał natomiast spokojnie, ze złowieszczym uśmiechem na twarzy.

- Co jest do kurwy! - wrzasnął wściekły herszt ponownie naciskając na spust, ponownie otrzymując zerowy skutek.

- Widzę, że wasz szef nie nauczył was, że nie wolno drażnić Lizzie - odpowiedział Esterach i dodał - Działanie waszej broni zostało zakłócone, śmiało sprawdźcie sobie, gwarantuje, że żaden z waszych blasterów nie zadziała.

Dał im moment, pozwolił im upewnić się, że żadne z jego słów nie jest kłamstwem, dostrzegł w nich narastające przerażenie i już miał zacząć atak, kiedy nagle usłyszał dźwięk kroków za plecami. Miała długie rude włosy zakrywające jej uszy, sięgające aż do jej piersi, które stanowiły jedyną formę okrycia tych stref intymnych, jej duże jasne oczy skrywały w sobie nutę dzikości, mały zadarty nosek stwarzał nieco dziecinne wrażenie, co kontrastowało z pełnymi ustami. Wzorcowa wręcz talia przyciągała uwagę, podobnie jak wybiegowy chód, który wyglądał bardzo atrakcyjnie pomimo długiej, luźnej sukienki, sięgającej aż do kostek jej stóp, na których nosiła luźne klapki spinane ozdobną nicią. Jej skóra wyglądała na zadbaną i gładką, był jednak problem z dokładną oceną jej faktury ponieważ kobieta była hologramem, o tyle różnym od tradycyjnego, że emanującym purpurową poświatą, co więcej projekcja była w stanie z mniejszą lub większą dokładnością odtwarzać także kolory, nie to miało być jednak najdziwniejszym elementem całej sytuacji.

- Esterach! - powiedziała wyraźnie szczęśliwa kobieta.

- Lizzie - ukłonił się rycerz.

- Cóż za maniera! - zaśmiała się projekcja i skierowała swój wzrok na twi'lekane, po czym spytała - A kim jest ta urocza dziewczyna?

- Nyiara, moja... padawanka - odpowiedział Esterach obdarzając Lizzie cierpiącą miną.

- Ooo! W końcu znalazłeś sobie padawanke!? Jak uroczo! - wyraźnie podekscytowała się Lizzie.

- Witaj! Jestem Lizantheranitax, ale możesz mnie nazywać po prostu Lizzie - powiedziała projekcja i wystawiła rękę na przywitanie.

Nyiara niepewnie spojrzała na Esteracha, widząc jednak jego zachęcający gest dłonią twi'lekana sięgnęła by uścisnąć dłoń Lizzie i ku jej wielkiemu zdumieniu udało jej się to, poczuła gładką, delikatnie wibrującą i nieco elektryzującą skórę. Wyraz jej twarzy sprawił, że projekcja wybuchła gromkim śmiechem. W nie mniejszym szoku byli piraci, którzy stojąc po bokach zobaczyli jak dłoń dziewczyny rzeczywiście dotyka hologramu, żaden z nich nie odważył się jednak odezwać, byli oni bowiem zbyt przerażeni zdolnościami projekcji, wyłączyła ich statek, komunikację, uwięziła w ciemnicy i dezaktywowała broń, żaden z nich nie chciał się przekonać co jeszcze potrafi ta istota.

- Ha! Uwielbiam wasze miny! Zawsze jesteście tacy przerażeni, zdziwieni i zszokowani jednocześnie! - zaśmiała się Lizzie.

- Emmm, przepraszam bardzo, ale... jesteś duchem mocy? - spytała Nyiara.

Tym razem zarówno Lizzie jak i Esterach zaczęli się śmiać. Nyiara poczuła się głupio i smutno spuściła głowę.

- Oh nie! Nie smuć się - powiedziała spokojnym głosem Lizzie i zaraz dodała - Rozumiem, że jesteś skołowana, nie dziwię się i wierz mi, każdy kto widzi mnie pierwszy raz jest - powiedziała kobieta.

- Naprawdę? - spytała twi'lekana.

- Oczywiście! Żałuj, że nie widziałaś Esteracha, był jeszcze bardziej przerażony niż ty! - powiedziała przez śmiech Lizzie.

Nyiara wyraźnie się rozchmurzyła na te słowa, spojrzała też na swojego mistrza, który niechętnie przytaknął na słowa projekcji. Twi'lekana zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu, nie znalazła jednak żadnej lampy, która mogłaby wyświetlać jej obraz, przy dotknięciu jej hologram nie został zakłócony, a jej głos wydobywał się bezpośrednio z jej ust i chociaż był nieco zniekształcony, był idealnie zgrany z ruchami jej warg.

- Lizzie to zaawansowana inteligencja, relikt z czasów pre-kolonizatorskich, jest starsza niż wszystkie miasta Atlastaru, na nasze szczęście jest tylko ciekawską, niezwykle miłą istotką, wolę nie wiedzieć, co by było gdyby miała zły charakter - wytłumaczył Esterach.

- Nie pytaj jak robię numer z hologramem - dodała szybko Lizzie radosnym głosem - Tajemnica i nie zdradzę.

- Ale... to by znaczyło, że masz przynajmniej dwa tysiące lat! - powiedziała zdziwiona dziewczyna.

- Hmmm według moich rejestrów moje oprogramowanie powstało siedem tysięcy lat temu, ale wiele się zmieniłam od tamtego czasu - powiedziała Lizzie i jakby chciała to zademonstrować radośnie podskoczyła, na moment odsłaniając jedną ze swoich piersi.

Na ten widok Nyiara szybko odwróciła wzrok. Widząc zawstydzenie na jej twarzy Lizzie zmieniła swój strój, tak aby przedstawiał teraz dodatkowo mały topik, który w całości dawał osłaniać jej biust.

- Lepiej? - spytała projekcja.

- Tak, to znaczy, nie to że poprzednio wyglądałaś źle, po prostu... - Nyiara nie wiedziała co ma powiedzieć, powodując za to kolejną salwę śmiechu u Lizzie.

- Przepraszam - powiedziała twi'lekana.

- Nic się nie stało - powiedziała wciąż wesoła projekcja.

- A tak właściwie czemu zawdzięczamy audiencję? - spytał Esterach.

- Chciałam zobaczyć, kto miał czelność nazwać mnie suką - powiedziała Lizzie już o wiele spokojniejszy, nieco poirytowanym tonem.

Na te słowa herszt bandytów chciał skryć się w tłumie swych ludzi, albo uciec na statek, został jednak złapany przez moc Esteracha i przyciągnięty do Lizzie.

- A więc to ten robaczek? - zaśmiała się projekcja na widok mężczyzny.

- Niestety - odpowiedział rycerz.

- Co chcesz z nim zrobić? - spytała kobieta.

- To zależy - odpowiedział Esterach.

- Od czego? - zapytała Lizzie.

- Od tego czy będzie współpracował - odparł rycerz i dodał - Taslar mówi, że ratattaki porwały jednego z naszych padawanów, muszę ją odzyskać, a bez wsparcia armii mogę sobie pomarzyć.

- Ojej, czemu mi nie powiedziałeś? Pomogłabym ci ją odszukać. Zrobiłabym to szybciej i lepiej od Taslara - powiedziała projekcja symulując udawane obrażenie się.

- Dziewczyna została złapana w dolnych poziomach miasta - odpowiedział Esterach.

Lizzie spuściła głowę i wydała z siebie ciche jęknięcie, na znak zrozumienia.

- No dobrze "robaczku" - zaczął Esterach - Będziesz współpracował?

- Nigdy! Nie będę walczył dla jakiegoś Coruscanckiego ścierwa! - wrzasnął mężczyzna.

- Coruscanckiego? - zaśmiał się Esterach i zaraz dodał - Nie jestem z Coruscant. Lizzie, będziesz tak miła?

- Z przyjemnością - odpowiedziała projekcja.

Kiedy tylko dłonie Lizzie zetknęły się ze skórą pirata, przez całe jego ciało przeszedł potężny impuls energii, powodujący liczne skurcze mięśni, problemy z oddychaniem, a nawet podwyższenie temperatury ciała herszta. Jego krzyk przeszedł echem po całym hangarze, powodując, że Nyiara przechodziła teraz ciężkie chwile, nie chciała jednak mimo wszystko przeszkadzać swemu mistrzowi i jego towarzyszce. Chciała wierzyć, że jest to konieczne i że to jedyna droga aby uratować Shelemi, padawanka zadawała sobie jednak pytanie, jak wiele jej mistrz jest gotów poświęcić aby ocalić życie dziewczyny. Żaden z członków jego bandy nie odważył się rzucić się na pomoc, byli zbyt przerażeni, zwłaszcza po opowieści swego jedynego ocalałego kamrata, który opowiedział im o bitwie z wodzem całej grupy. Ten spektakl tortur trwał jeszcze przez chwilę, która dla ofiary wydawała się być wiecznością. W końcu jednak, widząc, że jego ciało nie wytrzyma już zbyt wiele takiego traktowania, Lizzie zaprzestała swej upiornej zabawy. Mężczyzna leżał na ziemi, z trudem łapiąc oddech i zapluwając podłogę wydzieliną, która mimowolnie spłynęła z jego krtani, po chwili do tejże wydzieliny dołączyła solidna porcja wymiocin, ukazująca jego, sądząc po stopniu rozkładu, syty i niedawno spożyty obiad. Esterach podszedł do leżącego na ziemi mężczyzny i zaczął mówić spokojnym, lecz stanowczym tonem:

- Pozwól, że zapytam jeszcze raz, będziesz współpracował, czy Lizzie ma znowu się z tobą pobawić?

Herszt z trudem podniósł głowę i spojrzał na kucającego przed nim rycerza. Jego tępe spojrzenie przez moment wzbudziło w Esterachu obawę, że Lizzie przesadziła z torturami, jednak po chwili zdał on sobie sprawę z faktu, że mężczyzna ma po prostu taką twarz.

- Będę - wycharczał z trudem herszt.

- Doskonale - odparł Esterach po czym wstał i zwrócił się do przerażonej bandy stojących przed nim piratów - Pozbierajcie swojego dowódcę z podłogi i łaskawie uprzątnijcie ten bałagan, a potem brać dupy w troki i pakować się na statki, lecimy do waszej kwatery głównej.

Piraci posłali sobie serię niepewnych spojrzeń, po czym posłusznie wykonali rozkaz rycerza. Esterach w tym czasie wysłał rozkaz do swoich droidów aby leciały na orbitę i czekały na resztę statków.

- Mmmmm tak szybko ode mnie uciekasz? - spytała smutno Lizzie.

- Przecież i tak wyślesz za mną ducha, zawsze to robisz - odpowiedział Esterach.

- No taaak, ale to nie to samo - odpowiedziała projekcja.

- Nie smuć się i tak tu wrócę, przecież wiesz - uśmiechnął się rycerz.

- A jak wrócisz to dasz mi zmapować swój mózg!? - spytała Lizzie robiąc wielkie oczy.

- Ehhh, jak będę starym, pomarszczonym, zramolałym i umierającym dziadkiem, to dam - odpowiedział Esterach.

- No dobrze - odpowiedziała smutno dziewczyna.

Esterach pogładził projekcję po policzku i powiedział z uśmiechem:

- No już, rozchmurz się, wrócę. Zawsze wracam

- Wiem - odpowiedziała projekcja, po czym rzuciła się na rycerza i mocno go przytuliła.

__________________________________________________________________________________________________________

Statki piratów zbliżały się do ich kwatery. Założona w dawno opuszczonej kopalni, wydrążona w skale miała tylko jedną, opcje dostępu, jaką było jej lądowisko umieszczone na sterczącej z budowli gargantuicznej platformie, gdzie każde lądowisko miało własne osłaniające je stanowisko przeciwlotnicze. Esterachowi łatwo było poznać, które elementy dodali piraci, niedbale dospawane rusztowania, które trzymały się chyba tylko dzięki dobrej woli samej mocy, rycerz im nie ufał i nie zamierzał sprawdzać ich wytrzymałości, kazał więc posadzić swój transportowiec na największej i wyglądającej na pierwszą zbudowaną jeszcze przez pierwotnie pracujących tam górników, platformie. Esterach obserwował z kokpitu, w którym znajdowali się on, Nyiara i kilku innych piratów, jak statek podchodzi do lądowania. Ponieważ leciał jednostką kapitana, nikt nie wymagał od niego żadnej autoryzacji, co dodatkowo uszczęśliwiło rycerza, który dzięki temu nie musiał targać do komunikatora ledwo żywego i z trudem dochodzącego do siebie herszta, którego Lizzie o mało nie zabiła w hangarze.

- To nie będzie łatwe kapitanie - zaczął pirat, ten sam, któremu Esterach darował życie w hangarze.

- Dlaczego? - spytał rycerz.

- W bazie został Dragon - odpowiedział pirat.

- Co to za jeden? - zapytał jedi.

- Trandoshanin, twardy sukinsyn, w niczym niepodobny do Urga, tego którego uwalił pan w naszym hangarze - odpowiedział pirat.

- A więc nie będę się nudził - odpowiedział wyraźnie zadowolony Esterach, wzbudzając tym samym pewien niepokój stojącej obok nich Nyiary.

Statek powoli i nieco niedbale osiadł na płycie, czym już wzbudził podejrzenia wartowników pilnujących lądowiska, ponieważ ich kapitan słynął między innymi z tego, że potrafił doskonale kierować swoją maszyną. Klapa pojazdu powoli się otworzyła, pozwalając Esterachowi, Nyiarze i towarzyszącym im piratom opuścić pojazd. Oczywiście na ten widok dwaj wartownicy na lotnisku natychmiast chcieli otworzyć ogień ze swych blasterów, nim jednak zdążyli w ogóle przystawić oczy do celowników, Esterach już unosił ich nad ziemię z użyciem swej mocy. Potężne uderzenie o ścianę skały, w której wydrążona była siedziba piratów pozbawiła obu napastników przytomności.

Dragon, nienaturalnie potężny nawet jak na swój gatunek, jednooki trandoshanin o brązowych łuskach uważnie przyglądał się sytuacji na lądowisku. Zabronił swoim ludziom strzelać do lądujących pojazdów, dostrzegł bowiem ludzi z jego bandy w szeregach użytkownika mocy, jaki zawitał do jego twierdzy. Jeśli przyleciał on statkiem poprzedniego kapitana, to znaczy, że ten musiał już nie żyć, to z kolei stawiało go w roli nowego dowódcy załogi, rzecz jasna jak tylko upora się z nowym przeciwnikiem, który najwyraźniej przejął już dowodzenie nad częścią załogi. Dla Dragona zabicie jedi było celem wymarzonym, ze sławą zabójcy takiego przeciwnika, śmiało mógł startować do rangi najgroźniejszego z piratów całego Atlastaru. Naturalnie aby to osiągnąć musiał on jednak wygrać pojedynek uczciwie, nie mógł więc zorganizować żadnej zasadzki ani obławy, śmierć tego jedi nie mogła być dziełem przypadku, lecz wynikiem czystego pojedynku jeden na jednego.

Esterach z pewnym niepokojem obserwował kolejne otwierające się przed nim drzwi i brak jakichkolwiek straży, statek jego droidów czekał już w pogotowiu po przeciwnej stronie gór, dotarcie na miejsce zajęłoby im maksymalnie kilka minut. Po chwili jednak rycerz przypomniał sobie, że jego przeciwnikiem ma być trandoshanin, co wzbudziło jego wielką radość, domyślał się już dlaczego nikt nie staje na jego drodze.

Nie pomylił się, po kilku minutach bycia prowadzonym przez piratów Esterach dotarł wreszcie do głównej hali będącej największym pomieszczeniem kopalni. Potężne reflektory zawieszone przy suficie dobrze oświetlały całe pomieszczenie, po którym walały się liczne skrzynie z bliżej nieokreślonym towarem, było ono też przecinane przez kilka linii torów kolejkowych, prowadzących do głębszych poziomów kopalni. W tym pomieszczeniu, na Esteracha czekała już cała banda piratów, będąca jak się domyślił, pozostałościami grupy jaka go napadła, jak się okazało, bardzo licznymi pozostałościami. "Maksymalnie piętnastoosobowa" grupa liczyła spokojnie ponad trzydziestu napastników, z czego dwóch było wyposażonych w ciężkie działa, zdolne do prowadzenia ognia ciągłego. Esterach przez moment pomyślał, że dał się wciągnąć w pułapkę, kiedy cały pokaźny arsenał pistoletów, karabinów i innych broni został wymierzony w jego stronę, jednakże, dziki, brutalny, jaszczurzy ryk jaki zaraz potem odbił się echem po pomieszczeni, szybko upewnił go w jego racji.

- On jest mój! - wrzasnął wściekle potężny trandoshanin.

Esterach spojrzał na swego przeciwnika jaki został odsłonięty przez tłum piratów, a który to przeciwnik powoli zmierzał w jego kierunku. Rycerz patrzył na niego i musiał przyznać przed sobą, że czeka go ciężki pojedynek. Wielki brązowy gad nosił na sobie ciężki pancerz z plastoidu i uzbrojony był w dwa vibro-miecze, z których każdy był rozmiarów tak pokaźnych, że żaden człowiek nie byłby w stanie władać nimi skutecznie z użyciem jednej ręki, lekkość, płynność i gracja z jaką dobył ich jaszczur świadczyły, że był on doskonale obeznany w walce nimi i nie będzie miał wielkich problemów z prowadzeniem skutecznej walki z ich użyciem w takim zestawieniu. Na domiar złego, mechanizmy ostrzy były dobrze ukryte w fantazyjnych zdobieniach oręża, co tylko utwierdzało Esteracha w przekonaniu, że zadziałają one jak należy. Esterach po przeanalizowaniu wyposażenia swego przeciwnika przyjrzał się jego twarzy. Dostrzegł ślady śliny między jego zębami, miała ona nienaturalny, nieco żółtawy kolor, nerwowe poruszanie szponami na rękojeści miecza było kolejną wskazówką, zwężone źrenice kolejną, no i wreszcie sam, nieco zachrypnięty, nacechowany ogromną ilością agresji ton mowy. Esterach nie miał wątpliwości, że jego przeciwnik użył sporej ilości stymulantów bojowych, co było zarówno złą jak i dobrą wiadomością.

Stymulanty z pewnością poprawiały zdolności fizyczne napastnika, zwiększając także jego agresje i chęć do walki, to jednak przyćmiewało jego zdolności logicznego myślenia. Esterach wiedział już, że poleganie na brutalnej sile skończy się tutaj dla niego w najlepszym razie szybkim zgonem, nie mógł też polegać na typowych technikach defensywnych, użycie mocy także nie wchodziło w grę, a w każdym razie nie w taki sposób w jaki postrzegają ją ludzie nie zaznajomieni z jej możliwościami, rycerz nie mógł używać swej mocy do wykonywania pchnięć, przyciągnięć i innych dość rzucających się w oczy zdolności, zostałoby to bowiem potraktowane jako oszustwo i zakończyło się uwolnieniem całej kanonady w jego kierunku. Rycerz uznał, że w tej sytuacji jedyną słuszną opcją będzie wykorzystanie zdolności akrobatycznych, odskakiwanie od przeciwnika, stałe trzymanie go na dystans, a co za tym idzie zmuszanie go do zmaksymalizowaniu swoich wysiłków na pogoni za jedi, zamiast na faktycznej walce z nim.

- Rozumiem, że utłuczenie tej bestii czyni mnie waszym niepodzielnym przywódcą? - upewnił się Esterach.

- Tak jest! - odpowiedział mu pirat stojący u jego boku.

- Cudownie - odpowiedział Esterach i ruszył przed siebie.

Szedł powoli, zależało mu tylko na tym, by zdobyć pole do wykonania pierwszego odskoku od ataku napastnika, nie potrzebował do niego zbyt wiele miejsca. Dźwięk odpalanego miecza świetlnego rozszedł się po pomieszczeniu, żółte światło klingi Esteracha delikatnie przebijało się przez światło lamp pomieszczenia, zmieniając ubarwienie jego płaszcza. Rycerz przyjął luźną, nonszalancką postawę, delikatnie się uśmiechnął, jakby był całkowicie pewny swego zwycięstwa, wyczuł gniew narastający w trandoshaninie na taki widok. "To będzie prostsze niż myślałem" pomyślał Esterach i wyczekał chwili. Brązowo-łuska bestia rzuciła się na niego, wściekle rycząc, z jednym ostrzem uniesionym nad głowę i kolejnym trzymanym na linii pasa. Esterach nie spróbował jednak zasłonić się przed żadnym z ataków, nie próbował też przeprowadzić własnej akcji ofensywnej, a zamiast tego odskoczył do tyłu, pozwalając by obie klingi ścięły powietrze, nie można jednak było powiedzieć, że przeciwnik nie wiedział co robi, widząc że jego pierwszy atak od góry zda się na nic trandoshanin wykorzystał ciężar swej broni i poprowadził cięcie dalej, aby wykonać piruet, który znacznie skrócił dystans między nim a Esterachem.

Kolejny atak trandoshanina zakładał szarżę na przeciwnika z jednym wystawionym ostrzem wystawionym przed siebie i kolejnym trzymanym za jego plecami, gdzie to ostrze z przodu miało pełnić funkcje obronną, podczas gdy to z tyłu, miało dosięgnąć oponenta. Nic z tego się jednak nie wydarzyło, bo Esterach wykonał po prostu długi i daleki skok, który umieścił go daleko za plecami przeciwnika, który to odwracając się wykonał dwa potężne wymachy, spodziewając się ataku z tyłu, kiedy jednak dostrzegł gdzie znajduje się jego przeciwnik, gada ogarnęła wściekłość. Nie dbał on już o elementy stylu i taktyki, tylko zaszarżował wściekle na rywala, z dwiema broniami uniesionymi do góry. Esterach także zaczął biec w jego stronę, dając gadowi nadzieję, że wreszcie doczeka się on normalnego starcia, wtedy jednak rycerz wykonał salto nad swym wrogiem. Jedi nie docenił jednak możliwości przeciwnika, wściekły trandoshanin wykonał skok i zamachnął się swymi broniami, na będącą akurat zwróconą w do dołu głowę oponenta, ściągając z głowy jego kapelusz.Esterach zaraz po wylądowaniu wykonał jeszcze jeden skok po czym pomacał się szybko po głowie. Po ustaleniu, że na szczęście ucierpiało tylko jego nakrycie głowy, dotarło do niego, że nie może sobie pozwalać na tak pewne zagrania.

Walka toczyła się w podobny sposób jeszcze kilka minut, Esterach odskakiwał od przeciwnika i stale przed nim uciekał, nie próbował ataku, do momentu, w którym trandoshanin nie zaczął prawdziwej salwy szybkich cięć. Wściekły ciągłym uciekaniem Esteracha i jego stałym szczerzeniem swych zębów, gad zmienił taktykę i zamiast szarży przeszedł do defensywy. Esterach chciał go sprowokować do dalszych ataków doskakując do niego i próbując wykonać atak, właśnie wtedy gad zaczął swoją serię uderzeń. Początkowo jedi niechętnie przyznał, że jego rywal jest sprytniejszy niż myślał, szybko dostrzegł jednak metodę na zakończenie walki, właśnie w taktyce trandoshanina. Ruchy jego broni były bardzo szybkie, z pewnością bazowały bardziej na odruchach wynikających ze szkolenia, niż realnego myślenia, to sprawiło że były przewidywalne. Esterach w końcu nauczył się na pamięć ruchów trandoshanina i kiedy zadawał on kolejne poziome cięcie swymi dwiema broniami, a gdy jego oręż znajdował się zbyt daleko na prawym boku, aby móc go uratować od ataku z lewej strony Esterach wykonał cięcie. Ostrze miecza weszło płytko w jego ciało, samo cięcie było jednak bardzo szerokie, a potężną przewagą mieczy świetlnych nad konwencjonalną bronią, była temperatura ich ostrzy. Normalny człowiek w życiu nie zdążyłby zadać tego cięcia, a na pewno nie zdążyłby uciec od powracających broni trandoshanina. Ostrza gada minęły ciało Esteracha o milimetry, trafiając przy okazji w ostrze jego miecza i powodując dezaktywację broni rycerza.

Gad zrobił jeden krok do przodu, zatoczył się i padł na kolana. Esterach nie zamierzał dowiadywać się, czy jego przeciwnik jest w stanie wytrzymać te rany, błyskawiczne poprawił ułożenie swego miecza w dłoniach, odpalił broń i wyprowadził szybkie, brutalna cięcie, które pozbawiło jego przeciwnika głowy. Martwe truchło padło na ziemie, wprawiając wszystkich w pomieszczeniu w pewne zakłopotanie. Żaden z piratów trandoshanina nie wiedział co ma powiedzieć, ani jak zareagować na śmierć swego dowódcy, wtedy jednak do Esteracha podszedł pirat, ten sam któremu darował życie w hangarze, chwycił rycerza za rękę, uniósł ją w tryiumwalnym geście do góry i krzyknął:

- Hura kapitan Esterach!

- Hura! Hura! Hura! - odpowiedziały mu początkowo niepewne, lecz w końcu co raz głośniejsze krzyki.

__________________________________________________________________________________________________________

Esterach siedział przy głównym komputerze piratów dokładnie studiując ich bazę danych. Nieocenioną pomocą był tutaj "duch" Lizzie, czyli fragment oprogramowania, który projekcja wrzuciła do systemów pirackich statków, a który teraz wykorzystywał każdy wolny zasób mocy obliczeniowej jaki miał do swej dyspozycji, aby wspomóc rycerza. Esterach w oka mgnieniu dowiedział się gdzie piraci zrekrutowali świeżą grupę ponad dwudziestu rekrutów do pomocy, dowiedział się też, że pirat, któremu darował życie w swoim hangarze na Atlastarze Jeden nazywa się Ralph i że poprzedni kapitan zlecił jego zabójstwo, Esterach zdążył już nawet odwołać zlecenie na jego życie kiedy tenże pirat wszedł do pomieszczenia.

- Wzywał pan kapitanie? - spytał mężczyzna.

- Spocznijcie komandorze - powiedział Esterach.

Pirat miał bardzo mieszane uczucia odnośnie słów Esteracha. Z jednej strony zwracanie się do niego tym tytułem, oznaczało że zachował stanowisko, z drugiej strony oznaczało też, że jest bezpośrednim podkomendnym nowego kapitana, który sądząc po jego metodach, może szybko pozbawić go życia.

- Wygląda na to, że twój poprzedni kapitan zataił przed wami znaczny zastrzyk gotówki - powiedział rycerz.

- Przepraszam sir, nie rozumiem - odpowiedział pirat.

- Mam tutaj dostęp do czegoś co wygląda na jego osobistą książkę rachunkową, nowe materiały do remontu i być może także rozbudowy bazy, rekrutacja ponad dwudziestu nowych ludzi, wraz z zakupem uzbrojenia, przygotował nawet pancerze bojowe z prawdziwego zdarzenia i to w czterokrotnej nadwyżce ilościowej niż w założeniu miała liczyć wasza grupa. Wasz szef musiał zdobyć naprawdę pokaźne środki i wszystko wskazuje na to, że był gotów stanąć do walki o wpływy, ciekawi mnie tylko skąd ten cały napływ gotówki i sprzętu - powiedział Esterach uważnie przyglądając się ekranowi komputera.

- Sam chciałbym wiedzieć kapitanie - odpowiedział równie zaciekawiony, co zszokowany Ralph.

W bandzie nie miał zbyt mocnej pozycji, był uważany za jednego z najsłabszych przywódców, nie dość okrutnego i krwiożerczego, jako jedyny nie próbował udawać silniejszego niż jest i starał się dbać o swoich ludzi, a nie traktować ich jak mięso armatnie, jednak słysząc słowa Esteracha był naprawdę zaskoczony. Mimo wszystko był komandorem, jeśli kapitan zekrutował ludzi, to musiał to zrobić albo na Jedynce, co było niemożliwe do ukrycia przed Ralphem, bo nie opuszczał on kapitana na krok, albo zrobił to jeszcze przed odlotem, albo rekrutacji dokonał Dragon albo inny z oficerów. "Ale jeśli oni wiedzieli o tym, że mamy tyle kasy, to czemu nie wiedziałem ja?" pomyślał Ralph i szybko uświadomił sobie dlaczego. Esterach nie musiał mu nic mówić, jego spojrzenie w zupełności wystarczyło na potwierdzenie, że szef kazał go usunąć i miał na to dowód. Ralpha teraz to jednak nie interesowało, miał teraz nowego kapitana i miał zamiar walczyć u jego boku, pomagając mu jak tylko może, sam nie wiedział czy takie podejście do Esteracha wynikało z tego co jedi właśnie mu pokazał, czy z tego, że darował mu życie w hangarze, czy z obawy o to, że w razie zdrady lub niepowodzenia rycerz po prostu go zabije.

- Dowiedzieć się możemy, potrzebuje jednak kodu dostępowego do waszego konta bankowego - odpowiedział Esterach.

- Mamy konto bankowe!? - zdziwił się komandor.

- I to nie byle jakie, Czarna Egzorta - odpowiedział Esterach.

Na dźwięk tych słów Ralph zrobił wielkie oczy. Czarna Egzorta była jedynym bankiem jakiemu można było bez lęku powierzyć swoje pieniądze, czy może raczej przyprawę na terenie całego Atlastaru, była też chyba jedynym o jakim słyszał pirat. Egzorta dysponowała jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą i najbardziej wyspecjalizowaną armią Atlastaru, ich placówki były prawdziwymi twierdzami, nawet jeśli z zewnątrz wyglądały jak meliny pospolitych pijaków, a ich personel, nawet zwykłe twi'lekany i inne niewolnice, które pracowały w ich bankach i kantorach jako szeregowe robotnice, były dobrze przeszkolone w walce i zwykle także, świetnie wyposażone. Z Egzortą były jednak trzy problemy, pierwszym był dostęp, gdyż swoją przyprawę zdeponować można w niej było tylko w trzech miejscach i to tylko na terenie Atlastaru Jeden, drugim była minimalna kwota, wynosząca tysiąc pasków, która dla lwiej części band planety była fortuną, o której mogły tylko pomarzyć, a po trzecie Egzorta brała sobie zawsze dziesięć procent od każdej wpłacanej sumy.

- Przykro mi kapitanie, ale nie miałem pojęcia, że mamy takie konto - odpowiedział Ralph.

- No to mamy problem, zawołaj chłopaków, niech przyniosą tego... jak mu tam? Urga? - odparł Esterach.

- Tak jest kapitanie! - odpowiedział mężczyzna i opuścił pokój.

Po jakimś czasie drzwi do pomieszczenia otworzyły się, a do środka weszła czwórka piratów. Byli to Ralph i podpierany przez dwójkę rodian Urg. Mężczyzna z trudem powłóczył nogami i w zasadzie to jego towarzysze zapewniali mu niemalże całą mobilność, z trudem łapał on oddech i stale się zapluwał, to uświadomiło Esteracha, że Lizzie musiała przesadzić ze swoimi zabawami, nie było zatem czasu do stracenia, musiał wydobyć informację z mężczyzny zanim ten umrze.

- Posadźcie go na krześle obok mnie - powiedział Esterach.

Rodianie posłusznie posadzili swego towarzysza na krześle stojącym obok kapitana, po czym odprawieni ruchem jego dłoni, posłusznie opuścili pomieszczenie.

- Ehhh Urg, no i widzisz co narobiłeś? Gdybyś był grzeczny i miły dla Lizzie stałbyś teraz u mego boku, bez obawy o swoje życie, a tak najpewniej umierasz i jedyne co teraz może cie ocalić, to naprawdę kosztowny zabieg - rzekł rycerz.

Mężczyzna nie odpowiedział, patrzył tylko tępo na Esteracha z trudem biorąc kolejne wdechy i bardzo niechętnie przełykając mimowolnie gromadzącą się w jego ustach ślinę, którą i tak połykał tylko kiedy ta zaczęła ściekać po jego brodzie. Rycerz nie krył swego nie smaku dla tego widoku, nadal jednak potrzebował informacji.

- Patrząc na wasze zamówienia, stać was na taki zabieg i to nawet po odjęciu kosztów moich planów, potrzebny mi jest jednak kod do waszego konta bankowego. Podasz mi je, przeżyjesz, nie podasz, zdechniesz w męczarniach, nie będę cię musiał nawet torturować, wystarczy kazać ci żyć i ratować cię waszym droidom medycznym, czy co wy tam macie - powiedział jedi.

Mężczyzna parsknął śmiechem. Esterach zrozumiał, że bycie miłym na nic mu się nie zda, zmienił więc taktykę działania. Wystawił dłoń przed siebie i zaczął mocą szturchać wewnętrzną stronę płuc mężczyzny. Nie potrzebował do tego siły, wręcz przeciwnie, był nad wyraz delikatny, aby przypadkiem nie zabić pirata, to co robił w zupełności jednak wystarczało aby oczy bandyty napełniły się łzami, on sam otworzył szeroko usta, ale gwałtownie zaciśnięta przez moc krtań nie pozwoliła mu na wydanie z siebie najmniejszego szmeru. Esterach w końcu go puścił, pozwalając mężczyźnie runąć na podłogę, zaczął on ciężko dyszeć i kaszleć, wypluwając mieszankę flegmy, śliny i krwi, nim rycerz ponownie zadał pytanie pirat wycharczał:

- Siedem, pięć, sześć, siedem... - tutaj pirat musiał przerwać z powodu kolejnego ataku kaszlu i zaraz dodał - Dwa, dwa, dwa, cztery - po czym zaczął walczyć aby podnieść się na krzesło.

Pierwszym co zrobił Esterach, było sprawdzenie czy podane hasło nie jest fałszywe, Czarna Egzorta dopuszczała tworzenie fałszywych haseł, w momencie wejścia na konto petenta z użyciem fałszywego hasła wszystko zdawało się działać prawidłowo, w rzeczywistości jednak, żadna z akcji nie była rejestrowana a właściciel konta był natychmiast informowany o zdarzeniu, otrzymywał także dokładną lokalizację włamywacza, a nawet możliwość wynajęcia kilku drużyn Egzorty aby się nim zajęły. Sprawdzenie autentyczności było dziecinnie łatwe, wystarczyło się zalogować, zrobić mały przelew, jak to teraz zrobił Esterach zasilając własne konto, Egzorta nie miała problemów z przelewaniem małych sum z jednego konta na drugie, przynajmniej tak długo jak oba konta należały do nich, następnie należało się się wylogować, zalogować ponownie i sprawdzić czy ów przelew zarejestrowano. Już sam fakt, że hasło zadziałało drugi raz wystarczyło Esterachowi za potwierdzenie, wolał się jednak upewnić i kiedy tylko zobaczył w historii rachunku zaczął działać.

W tym momencie Urg zdołał wreszcie wdrapać się na krzesło, tylko po to by zostać przebitym, przez żółte ostrze miecza Estracha. Martwe ciało legło na ziemie wydzielając z siebie odór usmażonych tkanek i parujących wydzielin. Słysząc dziwne dźwięki piraci, tym razem w towarzystwie Nyiary, wpadli do środka.

- Dobrze, że jesteście - powiedział Esterach i wskazał na dwójkę rodian, którzy wcześniej przynieśli Urga - Wy dwaj, pozbądźcie się tego ścierwa, a wy - mówiąc do wskazał na Nyiare i Ralpha - Chodźcie tutaj.

- Musiałeś go zabijać? - spytała smutnym głosem dziewczyna.

- Miał uszkodzone drogi oddechowe, w końcu umarłby z niedotlenienia mózgu, wyświadczyłem mu przysługę. Umarł szybką śmiercią, zamiast zmieniać się w warzywo - odpowiedział Esterach.

- Mhm - odpowiedziała smutno Nyiara, po czym spytała - Dlaczego mamy zostać?

- Aby omówić dalsze działania rzecz jasna - powiedział Esterach i dodał - Mam dla was... kilka wiadomości, dobrą, dobrą... złą, złą i... złą. Od której zacząć?

- Skoro jest ich aż tyle, to może tak, żeby to miało sens? - odparła Nyiara.

Esterach zamyślił się przez moment i powiedział:

- Dobre. No więc po kolei, wiem już gdzie szukać zaginionych Rylothianek, po które rada posłała Aunara, no a przynajmniej połowy z nich.

- Zła wiadomość z tym związana to? - spytała wyraźnie ożywiona Nyiara.

- Są zamknięte w lochach Gromuy - odpowiedział Esterach.

- Uuu - skomentował błyskotliwie Ralph, a widząc pytające spojrzenie padawanki Esteracha szybko wyjaśnił - To kwatera główna Atlastarskich Huttów, jeden z największych bastionów jakie można tutaj znaleźć.

- Kompeks obronny typu F-7 największa wersja kompleksu obronnego w całym sektorze, są tylko trzy placówki tego typu, huttowie co prawda nie mają kontroli nad Atlastarem, ale swojego przyczółka tutaj nie oddadzą - wtrącił się Esterach i dodał - Samej straży będzie tam miał ze dwa tysiące, do tego tresowane dzikie bestie i masa szemranej klienteli jego licznych barów, burdeli i sklepów, do tego generatory pola, działa przeciwlotnicze, w dużym skrócie pół zakonu tam rzucisz i nie masz gwarancji, że się uda.

Dziewczyna spuściła głowę i wydała z siebie cichy jęk, był on jednak dość głośny aby zwrócić uwagę Esteracha.

- Nyiarka, w porządku? - spytał zaskakująco troskliwym jak na niego głosem rycerz.

Dziewczyna kiwnęła tylko głową, nie wyglądało to jednak zbyt przekonywująco.

- Na pewno? Jeśli chcesz możemy porozmawiać - odpowiedział Esterach.

- Jeśli trzeba to wyjde - powiedział Ralph i już kierował się w stronę wyjścia, został jednak zatrzymany przez Nyiarę.

- Nie. Po prostu - dziewczyna chciała usiąść na krześle, które Esterach przedziurawił swoim mieczem, widząc jednak ślady krwi, albo czegoś co wyglądało na pierwszy rzut oka jak krew, twi'lekana wściekle uniosła krzesło i rzuciła nim na drugi koniec pomieszczenia i wrzasnęła - Właśnie dlatego! Jestem tu niecały dzień! Jeden dzień, a już widziałam jak mój mistrz zarzyna kilkadziesiąt osób, umawia się z handlarzami niewolników, przejmuje dowodzenie nad bandą piratów, a teraz pewnie chce mordować dalej!

Jej głos zadrżał, nie wybuchła jednak płaczem jak spodziewał się tego Esterach, a zamiast tego wzięła ciężki wdech i już znacznie spokojniej powiedziała:

- A najgorsze jest to, że to wszystko przeze mnie.

- Przez ciebie? - zaśmiał się Esterach i dodał - Nie wiedziałem, że kazałaś mi odebrać komuś życie.

- Przestań! - przerwała mu dziewczyna i powiedziała smutno - Przecież dobrze wiesz o co mi chodzi.

Esterach westchnął, po czym nie przestając się uśmiechać, podszedł do niej, położył dłonie na jej ramionach i zaczął powoli po nich jeździć. Dziewczyna spojrzała na niego, nie czuła teraz niczego z tego co towarzyszyło jej w hangarze, znów stał przed nią jej dziwny, nietypowy, nieco radykalny i chwilami upiorny mistrz, który teraz zaczął mówić, spokojnym, stonowanym głosem:

- Nie obwiniaj się Nyiara, bo nie masz o co, fakt, widziałaś dzisiaj śmierć wielu osób, podejrzewam, że poczułaś też śmierć jeszcze większej ilości, ale takie są realia Atlastaru, tutaj ciągle ktoś ginie, w całej galaktyce ciągle ktoś ginie, ale dzisiaj nikt nie zginął z twojej winy.

- Właśnie, że z mojej... - chciała obwiniać się Nyiara, została jednak powstrzymana.

Esterach położył palec na jej wargach, na co dziewczyna zareagowała zdziwieniem, ale posłusznie zamknęła usta.

- Czy to ty zaczęłaś rozmowę z houkami, którzy zaatakowali cię w hangarze? - spytał rycerz.

- Nie - odpowiedziała twi'lekana.

- Czy to ty zaczepiłaś tego rogacza, który zaczął się do ciebie dobierać - zapytał Esterach.

- Oczywiście, że nie - odpowiedziała natychmiast dziewczyna.

- To ty kazałaś piratom zaatakować nasz hangar? Albo kazałaś trandoshaninowi wyzwać mnie na pojedynek? - nadal pytał Esterach.

- Nie... - odpowiedziała padawanka i zaraz dodała - Ale gdyby mnie tu nie było... - tutaj przerwał jej jednak mistrz.

- Gdyby cie tu nie było, latałbym teraz po jednce w poszukiwaniu jakiejś bandy najemników, która poleci ze mną na samobójczą misje, a którą i tak zapewne musiałbym przekonywać do pomocy mieczem. Poza tym, gdyby nie ty, nie wiedzielibyśmy co stało się z zaginionymi twi'lekanami.

- Ale i tak ich nie uratujemy - odparła zrezygnowana dziewczyna.

- My może nie, ale zakon na pewno znajdzie jakieś rozwiązanie - powiedział, nie dowierzając własnym słowom, Esterach.

- Naprawdę tak uważasz? - spytała wyraźnie pocieszona dziewczyna.

- Skoro nawet ja to powiedziałem - odparł jej Esterach.

Dziewczyna uśmiechnęła się i mocno przytuliła do swojego mistrza. Ralph przyglądał się całej scenie, nie bardzo wiedząc co ma powiedzieć, postanowił więc milczeć i odwrócić swój wzrok, szybko znudził się on jednak zwykłym czekaniem i zaczął przyglądać się historii rachunków, nie wiedząc, że Lizzie stale obserwująca go z użyciem holo-komunikatora przy stole obok, ukryła przed nim najważniejsze transakcje, jak chociażby tą, którą Esterach przelał na własne konto sporą część pieniędzy piratów.

- A tak właściwie skąd wie pan, gdzie się podziały twi'lekany? - spytał w końcu Ralph, trafiając swym pytaniem w moment kiedy Nyiara od momentu tuliła się do Esteracha.

- Przelew od Huttów, nawet w tytule masz za co, niewolnice i cały statek jaki je przewoził - odpowiedział Esterach głaszcząc Nyiarę po głowie.

- Nie ma go - odpowiedział komandor.

Esterach delikatnie wyswobodził się z objęć swojej padawanki, po czym razem z nią podszedł do komputera, wtedy też wspomniany przelew pojawił się jako pierwsza pozycja na liście. Pirat zrobił wielkie oczy, szybko jednak zrozumiał co się dzieje, kiedy zobaczył projekcje Lizzie, jaka pojawiła się w jednym z komunikatorów.

- Nieważne - odpowiedział pirat i zaraz dodał - Ale zaraz, my nie porywaliśmy żadnych niewolnic, to znaczy porywaliśmy, ale nie na pewno nie z Ryloth, my nie opuszczamy Atlastaru.

- Fakt. Zrobiła to inna banda, wasz szef tylko "przejął" statek i niewolnice, a przy okazji kilka innych cennych rzeczy, jak chociażby ładunek przyprawy, która stanowi większość tego co macie na koncie, zażądał też wyższej ceny niż poprzednicy, w tych rachunkach jest też cała historia rozmowy między waszym kapitanem a huttem, żeby było śmieszniej, do transakcji doszło wczoraj, byliśmy o krok od uratowania tych dziewczyn - odpowiedział mu Esterach.

- Aaa czyli to przewoził ten statek, który ostatnio zaatakowaliśmy! Szef strasznie się ucieszył, ale oczywiście nie powiedział mi dlaczego - odpowiedział wściekle komandor i zaraz dodał - Mówiłeś, że masz inne wiadomości kapitanie.

- Tak - powiedział Esterach i zaczął się zastanawiać od, której powinien zacząć, po chwili takiego zastanowienia powiedział - Dobra wiadomość, jak już wiecie, mamy w cholerę kasy i nie przesadzam kiedy to mówię, mamy jej mnóstwo, zła wiadomość, po tym co planuje zrobić wydacie sporą jej część na rekrutacje nowych ludzi i naprawę statków, no i właśnie, ostatnia zła wiadomość - w tej chwili projektor holograficzny na stole obok wyświetlił obraz Atlastaru Siedem z oznaczonym na nim punktem - Atakujemy bazę rattataków...

Rozdział IV Bladoblizny

Esterach nie mógł spać tej nocy, męczyły go wizje Shelemi, czuł jej strach i przerażenie, widział też twarze rattataków, nie wiedział dokładnie co oznacza jego wizja, czuł jednak że padawanka wciąż żyje spodziewając się jednak, że jej czas może bardzo szybko dobiec końca, był zdeterminowany do walki bardziej niż dotychczas. Widząc go przywódcy wszystkich grup piratów, jacy w nocy przybyli na jego wezwanie poczuli swoistą formę respektu, nie chodziło tutaj jednak tylko o aurę gniewu i gotowości do walki jaką roztaczał, sporą część roboty wizerunkowej robił tutaj jego nowy pancerz.

Wzięty z magazynu, zakupiony przez poprzedniego kapitana dla jego ludzi, wykonany z plastoidu ciężki pancerz oferował nie tylko doskonałą ochronę przed pociskami blasterowymi, ale także ochronę przed większością spotykanych na Atlastarze warunków pogodowych, dzięki specjalnemu kombinezonowi zakładanemu pod same blachy pancerza, na dodatek hełm pancerza oferował filtry powietrza, posiadał wbudowany komunikator i noktowizor, a nawet dodatkowo montowaną do niego nakładkę, umożliwiającą wspomaganie celowania. Jedi nie mógł nawet narzekać na malowanie pancerzy, standardowo pokolorowany w odcienie bieli i szarości pancerz, z pewnością zapewniał dobre maskowanie na polu walki, na jakim mieli walczyć jego podkomendni. Esterach czuł się nieco nieswojo bez swego zaufanego zestawu łowcy nagród, na który składał się miotacz zatrutych strzałek, miotacz ognia i kilka nowinek elektronicznych umożliwiających rażenie przeciwników prądem, czy złapanie ich z pomocą liny, co prawda Esterach korzystał z tych gadżetów niezwykle rzadko, jednak mimo wszystko lubił je mieć przy sobie. Stratę rekompensował mu jednak szeroki pas, do którego teraz oprócz miecza miał też przypięte granaty i amunicje do ciężkiego blastera, który nosił przewieszony przez ramię. Najęte zbiry uznały oczywiście miecz świetlny za trofeum noszone przez wojownika celowo, aby podkreślić jego skuteczność w walce.

Lizzie była nieocenioną pomocą przy wyborze grup najemników, jej schemat poszukiwania zadziałał bezbłędnie a posiadane dane sprawiły, że Esterach miał obecnie na komendę nawet drużynę zeltrońskich dezerterek, które mając dość służby pod komendą Taslara postanowiły żyć na własny rachunek i walczyć jako najemniczki, niestety nie mogły działać oficjalnie, więc dotarcie do nich było dosyć trudne. Oprócz nich była tutaj jeszcze drużyna dowodzenia Karmazynowych Szponów, grupy piratów słynącej ze swej brutalności i szybkości poruszania się na polu walki; dowódca jednej z kompanii Nieregularnych Blackstone'a Atlastarskich najemników, którzy byli drugą najlepiej zorganizowaną grupą ze wszystkich obecnych; dowodzeni przez Ralpha jego własni ludzie i enigmatyczny, budzący grozę emisariusz Czarnej Egzorty eskortowany przez oddział elitarnych siepaczy tejże organizacji. Wszyscy oni zgromadzeni w głównej hali kwatery piratów, przerobionej na swego rodzaju centrum dowodzenia, bacznie przyglądali się Esterachowi zmierzającemu w ich kierunku.

Każda grupa była widocznie różna od innych, ludzie Esteracha ludźmi byli tylko w mowie potocznej, bo w praktyce składali się na nich także rodianie, trandoshanie, znalazło się nawet miejsce dla kilku zabraków, a wszyscy oni zostali zrekrutowani kilka godzin wcześniej przez Ralpha i jego ludzi kilka godzin wcześniej w jednej z okolicznych "wiosek". Wieśniacy, będący w praktyce górnikami, wiecznie nękani przez bandy piratów i innych bandytów sami chcąc się odegrać na swoich oprawcach dołączają do innych band, gdzie mordują członków jednych grup i nękają inne wioski, tym samym dając mordowanym nowych rekrutów i napędzając wieczny krwawy młyn zasilany chęcią odwetu i przyprawą, wydobywaną właśnie przez tychże osadników. Teoretycznie powinni oni być chronieni przez piratów, ale każdy wie jak owa ochrona wygląda w praktyce. Do bandy Esteracha należeli także twi'lekowie, którzy generowali problem z nowymi pancerzami, z powodu ogonów na ich głowach nie mogli oni nosić hełmów, konieczne stało się więc dokupienie dla nich specjalnych masek i gogli. Wszyscy byli jednak wyposażeni w pancerze podobne do tego Esteracha, chociaż spora część jego podkomendnych wolała lżejsze wersje dające większą swobodę ruchu i lepiej pasujące do preferowanego przez nich stylu walki, sam kapitan wyglądał i zachowywał się jednak jakby się w tym pancerzu urodził.

Drugą grupę stanowiły zeltronki, będące dokładnie tym, czego się po takiej grupie można było spodziewać. Szkolone na strażniczki zamtuzów i ekskluzywne prostytutki mogły się szczycić wręcz nienagannymi sylwetkami, którymi lubiły się chwalić nosząc skąpe, lub obcisłe stroje, druga grupa była liczniejsza, ponieważ taki ubiór pozwalał im nosić ze sobą więcej uzbrojenia. Ich głównym wyposażeniem były pistolety o dużym kalibrze i broń biała taka jak noże czy sztylety, znacznie rzadszym widokiem były miecze, z których jeden posiadała ich przywódczyni, przez resztę zwana Panną, nie było to rzecz jasna prawdziwe imię a pseudonim, który chociaż wydawał się być nieco zabawny był też rzeczywiście nietypowy. Panna była zeltronką ubraną w długie, obcisłe, skórzane spodnie, z nogawkami wiązanymi na bokach, nosiła okute buty, krótki top i skórzaną kurtkę, a każdy z elementów tego stroju był w kolorze czerni. Przez plecy na skos miała przewieszony niewielki miecz, który idealnie wpasowywał się w styl jej szybkiej walki. Do czarnego skórzanego pasa miała przytroczone dwa blastery. Całe otoczenie obdarzała groźnym, pogardliwym spojrzeniem, jej jasne oczy dokładnie obserwowały każdego z pozostałych przy stole przedstawicieli zwerbowanych grup. Stała na zgiętych nogach z jedną dłonią stale położoną na swoim blasterze, tym samym eksponując swoją zadbaną, różową dłoń i pomalowane na czarno paznokcie, podczas gdy drugą bawiła się swymi długimi, również czarnymi włosami. Esterach dobrze znał ten widok, jednych zachęcał, innych odstraszał, jego denerwował, wiedział bowiem, że nie przyzwyczajona jeszcze do nowego życia dziewczyna może być roszczeniowa wobec ceny, a tego by bardzo nie chciał, bo chociaż dysponował środkami, nie zamierzał ich marnować.

Kolejne byłe Karmazynowe Szpony, ta grupa bandytów wzbudziła natomiast w Esterachu bardzo pozytywne emocje. Zbieranina złożona praktycznie z samych trandoshan i weequayan, wszyscy oni byli odziani w czerwone kurtki, z których zdecydowana większość robiła za dość specyficzne i intrygujące w swej konstrukcji pancerze, przywodzące na myśl zbroje lamelkową. Ich główne uzbrojenie stanowiły niewielkie karabiny przeznaczone raczej do walki na małą, ewentualnie średnią odległość, często byli także uzbrojeni w pistolety, tylko jeden z nich dzierżył w dłoniach ciężki dwuręczny blaster, w tym przypadku trandoshanin miał na sobie także ciężki pancerz. Byli komitetem reprezentacyjnym, co oznaczało, że Esterach nie może spodziewać się niczego ponad to co widzi, był jednak bardzo zadowolony tym co ma przed oczami. Na czele gromady stał weequay o imieniu Uzach. Nie różnił się on wiele od reszty przedstawicieli swej rasy, miał jednak bardzo charakterystyczną bliznę na prawym policzku, ślad jaki zostawiają Atlastarskie ścierwożmije kiedy plują swoim jadem, co oznaczało że bandyta musiał przeżyć bliskie spotkanie z takim stworzeniem, a to już było godnym uwagi wyczynem.

Kolejni byli Nieregularni Blackstone'a, których nazwa doskonale ukazywała z kim ma się do czynienia. W zasadzie, ta dowodzona przez potężnego houka o imieniu Gembak, zbieranina wszelkiej maści zbirów przedstawicieli różnych ras, składająca się zarówno z kobiet jak i mężczyzn miała jeden element wspólny, którym był symbol kompanii, jednak nawet on umieszczony był tam gdzie życzył sobie nosiciel swojego pancerza. W rezultacie jedni mieli go bezpośrednio na klatkach piersiowych, aby robił za wyznacznik dla wroga gdzie ma celować, kolejni bardziej wojskowo nosili go na ramionach, jeszcze inni inteligentnie wpakowali go sobie na pagony, bo nie wiedzieć skąd wytrzasnęli sobie marynarki, które takowe posiadały, zdarzył się nawet cudak, który założył owy symbol na opaskę noszoną na czoło. W rezultacie ta grupa wyglądała najgorzej, miała jednak w swoim składzie każdy możliwy wariant wojsk, od lekkich zwiadowców, po ciężką piechotę wyposażoną w duże blastery, znaleźli się wśród nich także odważni, którzy uznali, że będą walczyć tylko wręcz. Esterach nigdy tego nie rozumiał, nawet on z reguły miał ze sobą blaster pod ręką, koncept walki z użyciem samej broni do walki wręcz, kiedy nie jest się czułym na moc i nie potrafi się odbić serii z karabinu w locie, był dla niego dosyć nierozważnym pomysłem, nie byli to jednak jego ludzie, więc za bardzo się faktem chęci samobójstwa potencjalnego sojusznika nie przejmował. Nieregularni słynęli też z tego, że potrafili ze swojej wszechstronności skorzystać i chociaż ich wygląd tego nie sugerował byli naprawdę zdyscyplinowaną armią.

Całemu temu motłochowi z niezwykłym spokojem, chociaż nieukrywanym bólem wewnętrznym objawiającym się znudzonym spojrzeniem i nieregularnym wzdychaniem, przyglądał się emisariusz Czarnej Egzorty. Mężczyzna w niczym nie przypominał reszty towarzystwa, wręcz przeciwnie, wyglądał jak król na przymusowym spotkaniu z ludem. Jego czarne szaty były idealnym tłem, dla wyszywanych wąską stróżką złotej nici, fantazyjnych wzorów przedstawiających jakiegoś drapieżnika w trakcie polowania. Siwy, nadal jednak gęsty włos i zakola nadawały mu powagi, podobnie jak zmarszczona już nieco skóra czoła i podbródka, nie był zbyt wysoki, nie był też jakoś potężnie zbudowany, nie musiał być, był emisariuszem, jego zadaniem było dopilnowanie aby wszystkie transakcje przebiegły zgodnie z umową, wzbudzaniem lęku zajmowała się jego eskorta i bardzo dobrze jej się to udawało. Zakuci w kruczo-czarne zbroje zakrywające całe ich ciała, każdy z nich wyposażony w halabardę, posiadającą najpewniej vibro-ostrze, do której przytroczony był także blaster, dodatkowo każdy z nich miał szablę, pistolet i mały karabin. Hełmy na ich głowach przedłużone z tyłu sprawiały, że ich twarze ukryte za maskami przedstawiającymi ludzkie czaszki wydawały się tonąć w mroku. Na czele eskorty stał ktoś, kogo reszta postrzegała za pewną formę komendanta i w sumie ani trochę się nie pomylili. Miał nieco inny, bogaciej zdobiony pancerz klatki piersiowej, ramiona ukryte w bufiastych rękawach, złotą maskę i czapkę na głowie zamiast hełmu, wspierał się na swej szabli z małym karabinem stale położnym w jego dłoni. Żaden z bandytów nie chciał nawet próbować zaatakować tych jednostek.

- Rozumiem, że warunki umowy są dla państwa jasne i wszyscy się na nie zgadzacie? - spytał spokojnym głosem emisariusz.

Wszyscy pokiwali zgodnie głowami, na co starszy mężczyzna uśmiechnął się delikatnie i skierował swój wzrok na Esteracha.

- Pańscy kontrahenci zaakceptowali warunki pańskiej umowy, oto kopia ich podpisów, oryginały zostaną w naszym posiadaniu, na wszelki wypadek - powiedział emisariusz podając rycerzowi mały, cienki datapad.

- Dziękuje emisariuszu - powiedział Esterach biorąc urządzenie od mężczyzny.

- Skoro nie jestem już potrzebny, nie będę zakłócał ustalania szczegółów... taktycznych waszego planu, wracam na swój statek, po potwierdzeniu wykonania zlecenia proszę zgłosić się do mnie po zapłatę - powiedział starszy człowiek, po czym dał swej eskorcie znak, a ta w raz z nim skierowała się w stronę wyjścia.

Nikt nie narzekał na fakt, że wreszcie nie będą musieli znosić upiornego towarzystwa żołnierzy Egzorty i nużącego głosu ich emisariusza.

- Skoro wreszcie mamy za sobą to całe bankowe pieprzenie możemy przejść do tego co istotne? Czyli do zabijania! - zaczął wściekle rozmowę dowódca Karmazynowych Szponów.

- Właśnie, rzygać już mi się chce od tego flegmatycznego tonu, pogadajmy o czymś przyjemniejszym - zgodziła się zeltronka.

Esterach nie czekając na komentarze innych członków obrad wpiął w stół holograficzny, przy którym stali wszyscy zgromadzeni, swój niewielki dysk danych i już po chwili na projektorze wyświetlił się obraz przedstawiający sporej wielkości bastion, okolony grubym, wprawdzie niewysokim murem Bastion był jednak umieszczony w typowo górskim terenie, co czyniło go trudno dostępnym drogą lądową. Na licznych wieżach dobrze widoczne były stanowiska obrony przeciwlotniczej, na środku całości, na sporej wielkości kopule zamieszczone było urządzenie będące zapewne generatorem osłon. Do środka bastionu prowadziły trzy bramy, miał on też własne lądowiska, przynajmniej jeden hangar i liczne, mniejsze i większe budynki ustawione głównie przy ścianach.

Nim ktokolwiek zdołał skomentować widziany obraz do stołu podeszła także Nyiara, wyraźnie zwracając na siebie uwagę. Dziewczyna ewidentnie źle się czuła w pancerzu bojowym, który Esterach kazał jej założyć do tej operacji, bo mimo wszystko zależało mu zarówno na tym, aby dziewczyna dotarła do świątyni w jednym kawałku. Dziewczyna niechętnie ukrywała też swoje ostrze w przypiętym za plecami zbiorniku, pierwotnie przeznaczonym do trzymania niewielkich racji żywnościowych jak batony proteinowe, zdecydowanie wolała trzymać miecz przy pasie, Esterach zabronił jej jednak tego, uznając, że zbytnio zwracałoby to na nią uwagę. Nyiara co chwila poprawiała swoje lekku, ewidentnie nie mogąc przyzwyczaić się do chłodu metalowej powłoki, której co chwila dotykały, w końcu zaplotła je sobie wokół szyi jak szalik, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że wszyscy się na nią patrzą.

- Co? - spytała wściekle dziewczyna.

Esterach parsknął jedynie śmiechem, po czym obrócił jedno z pokręteł na stole i nieco oddalił obraz ukazując przy okazji jego górzystą okolicę, po czym zaczął mówić:

- Jak widzicie nasz przeciwnik jest dobrze okopany w swym forcie, do którego dojście także nie będzie łatwe, z... pewnych źródeł wiem, że otrzymał on niedawno spory zapas uzbrojenia i amunicji, nie będzie więc miał problemu z uzyskaniem przewagi ogniowej na polu bitwy. Zdobycie twierdzy bezpośrednim szturmem będzie samobójstwem, wróg jest zbyt liczny i zbyt dobrze przygotowany na taki atak, na domiar złego załogę stanowią rattataki, dlatego musimy podejść do tego inaczej.

W tym momencie po szeregach dowódców przeszły szmery, rattataki byli ludem wojowniczym, walka z nimi nigdy nie należała do łatwych, a łupy jakie oferowali nie należały do najlepszych, tylko Uzach, dowódca Karmazynowych Szponów wydawał się cieszyć na spotkanie z nimi. Obraz skupił się na jednej z dróg prowadzących do twierdzy, a Esterach kontynuował swoją wypowiedź:

- Do twierdzy prowadzą trzy drogi ale tylko wschodnia jest dość szeroka aby móc prowadzić w niej szerzej zakrojone działania ofensywne. Na drodze znajduje się siedem wrogich posterunków.

W tym momencie Esterach urwał swoją mowę, zrobił dłuższą pauzę, przejechał wzrokiem po wszystkich zgromadzonych i zaczął mówić ponownie:

- Nie będę was okłamywał, nie wybrałem was bez powodu, każda z grup ma przypisane do niej zadanie i od sukcesu jednej zależy powodzenie reszty. Na pierwszy ogień pójdą zeltronki.

Tymi słowami Esterach wywołał prawdziwe poruszenie, nawet pośród własnych ludzi.

- To będzie ciekawe - skomentowała Panna.

- Panno, chce żeby twoje dezerterki zajęły się posterunkami przeciwnika, nie wszystkimi, interesują nas tylko te cztery - po tym jak Esterach powiedział te słowa na mapie podświetliły się cztery punkty, rycerz mówił natomiast dalej - Twoje zabójczynie po cichu wyeliminują załogę każdego posterunku, tak aby nie podnieść alarmu, a następnie założą w posterunkach ładunki wybuchowe i... - w tym momencie wtrąciła się zeltronka, mówiąc swym znudzonym głosem.

- Wysadzimy je.

- Podniesiecie alarm - powiedział Esterach swym tonem dobitnie dając do zrozumienia, że nie lubi kiedy mu się przerywa, po czym kontynuował - A kiedy przeciwnik już rzuci za wami tabun swego wojska wysadzicie każdy posterunek do jakiego się zbliży.

- Skąd pewność, że rzuci za nami tabun swojego wojska? - spytała się zeltronka.

- Ponieważ pójdzie z wami Nyiara, a uwierz mi, ta dziewczyna ma coś czego ci powaleni łowcy będą pragnęli najbardziej na świecie - odparł Esterach.

- Można wiedzieć co takiego? - wtrącił się Uzach.

- Niespodzianka - odparła mu twi'lekana.

Piratom co raz mniej podobały się sekrety ich najemcy, ale oferował on godziwą zapłatę i walkę, więc nie narzekali, a przynajmniej jeszcze nie.

- Co potem? - spytał zniecierpliwiony naradą Gembak.

- To proste - zaczął Esterach - rattataki wiedzą jak bronić swojej fortecy, doskonale znają się na rzemiośle wojennym, ale ich natura sprawia, że są przewidywalni, na numer z posterunkiem dadzą się nabrać maksymalnie dwa razy, naprawdę nie wierzę by dali się wysadzić w trzecim, więc jeśli zobaczycie, że rozlatują się na wszystkie strony wysadźcie wszystkie pozostałe posterunki i wiejcie, mówię to do zeltronek, jeśli macie jeszcze ochotę dołączyć do walki możecie spróbować podejść pod wschodnią ścianę - w tym momencie ściana twierdzy została podświetlona, a jedi kontynuował swoją wypowiedź - Kiedy skołowany przeciwnik zacznie miotać się w różnych kierunkach, do walki ruszą Karmazynowe Szpony, rattataki może są dobre w walce, ale nie mogą się równać waszym zdolnością prowadzenia rajdów.

Wyraźnie zadowoleni ze swej roli piraci wyszczerzyli swoje twarze w złowieszczych uśmiechach, wtedy jednak Esterach dodał:

- Proszę was jednak, byście nie rzucali wszystkich sił do walki na raz, nie wiemy jakimi siłami powietrznymi dysponuje przeciwnik, a nie możecie zostać odsłonięci w razie jego natarcia z powietrza, zresztą nasze własne też będzie później przydatne.

Karmazynowe Szpony pokiwały głowami pozwalając Esterachowi kontynuować:

- Kiedy już przeciwnik zachęcony wizją krwawej rzezi rzuci się do walki, moja drużyna podejdzie pod fortecę nieprzyjaciela od północy, ściana tam jest najniższa i oferuje czysty strzał prosto w generator pola, który uniemożliwia nam atak z powietrza, jeden strzał z wyrzutni rakiet powinien załatwić sprawę. Potem, przez krótki moment cała twierdza skupi na nas całą swoją uwagę, dlatego tak ważnym jest wyciągnąć z niej tylu przeciwników ilu tylko się da. Kiedy już padną osłony Ralph i jeśli będzie to możliwe Karmazynowe Szpony rozpoczną natarcie, zniszczą wrogie baterie przeciwlotnicze umożliwiając Gembakowi i reszcie naszych sił szturm na twierdzę.

- Będziemy tutaj tracić ludzi kapitanie - powiedział Ralph.

- Jak zawsze - odpowiedział za Esteracha Gembak i dodał - Nieregularni nie takie bitwy już widzieli.

- Jakieś pytania? - spytał chcąc zakończyć naradę Esterach.

- Te wieże - powiedział Gembak, a wówczas podświetliły się dwa stanowiska osadzone na nieco mocniejszych podstawach - Widziałem działa waszych statków, nie jestem przekonany, że dadzą radę z ich pancerzem.

- Dadzą, a jeśli nie dadzą, mam jeszcze jednego asa w rękawie, z którym te pancerzyki nie będą miały szans - powiedział Esterach i wyszczerzył się złowieszczo.

Wszyscy spojrzeli na mężczyznę widząc jednak, że nie dostaną odpowiedzi, zgodnie stwierdzili, że faktycznie jest to koniec narady.

__________________________________________________________________________________________________________

Nyiara upewniała się, że jej blastery są naładowane i że zabrała wszystko co niezbędne kiedy podszedł do niej Esterach.

- Kapitanie? - zaczęła dziewczyna.

- Przestań, kapitanem jestem dla nich, dla ciebie po prostu Esterachem - powiedział mężczyzna.

Twi'lekana uśmiechnęła się do mężczyzny i spytała:

- Ufasz mi na tyle, żeby puścić mnie samą?

- Nie pozwól mi tego żałować - powiedział Esterach, ale bardziej zatroskanym, niż rozkazującym głosem.

- Nie martw się, nie pozwolę - odpowiedziała Nyiara.

- Przed chwilą przyszła dostawa - powiedział Esterach i podał dziewczynie niewielki worek, po czym powiedział - Myślę, że pomoże na twoje ogony uderzające o blachę pancerza.

Dziewczyna wyciągnęła zawartość i zobaczyła nakładki na swoje lekku, chustę na głowę, gogle ochronne i maskę, widząc cały zestaw ucieszyła się bardziej niż Esterach mógłby podejrzewać i natychmiast założyła na siebie, po czym spytała:

- Jak wyglądam?

- Jak rasowy śnieżny pirat - powiedział Esterach po czym oboje wybuchnęli śmiechem.

Wtedy zawył alarm dający znak, że czas wsiadać na statki, wtedy też rycerz niespodziewanie chwycił dziewczynę za ramie i przysunął do siebie, dając jej jeszcze jedno pożegnalne przytulenie, po czym została ona zagoniona przez jedną z zeltronek na pokład ich transportowca.

__________________________________________________________________________________________________________

Panna leżała na śniegu wraz z Nyiarą i kilkunastoma innymi zeltronkami specjalnie na te okazje ubranymi we wszelkiej maści białe, okrywające ich ciała znacznie lepiej od poprzednich stroje, w niektórych przypadkach dające nawet jakąś ochronę przed postrzałem. Nyiara mogła się czuć tutaj wyróżniona, jej strój gwarantował jej praktycznie niewykrywalność. Niebo było bezchmurne, ukazując piękno gwiazd na niebie, czyniąc tym samym nieznośne zimno nieco łatwiej przyswajalnym, gdyż piękno mroźnego krajobrazu na moment odwracało od niego uwagę. Padawanka i przywódczyni bandy obserwowały placówkę z użyciem swoich lornetek, nie była ona zbyt imponująca, rów wydrążony nawet nie w pełnym okręgu, bo postawiony u zbocza góry posterunek był niemalże wtulony w jedną ze skał. W efekcie okop, którego celem było raczej ukrycie strzelca przed wzrokiem przeciwnika niż danie mu faktycznej osłony, miał kształt półksiężyca, gdzie jego najgłębsza część znajdowała się od strony fortu rattataków, podczas gdy najpłytsza, która w zasadzie nie istniała i była osłaniana przez worki ze zbrylonym śniegiem. Spoglądała na rozległą dolinę, gdzie w zasadzie zmuszane do pracy rodziny miejscowych farmerów zajmowały się jednocześnie produkcją żywności i wydobywaniem przyprawy. Tutejsza "przyprawa" nie nadawała się w żadnym stopniu na walutę Atlastaru, chyba że między samymi wieśniakami, ale jej narkotyczne właściwości sprawiały, że była dość popularnym i pożądanym towarem dla tych, którzy nie chcieli marnować pieniędzy poprzez branie normalnego surowca.

Obserwowały posterunek od pół godziny, był to zwykły szary kloc, wykonany z jakiegoś prostego surowca, być może betonu, z pewnością nie była to plastal. Miał niewielkie okna, czy może raczej szpary w konstrukcji, kobiety nie miały nawet pewności czy są one czymś osłonięte, w pierwszej chwili Panna chciała nawet wrzucić do środka granaty, szybko jednak zdała sobie sprawę, że nie będzie to na pewno ciche rozwiązanie. Naliczyły pięciu strażników na zewnątrz, wszystkich wyraźnie znudzonych przedłużającą się wartą i okazującą wszelkie tego oznaki. Strażnik obsługujący schowane za workami ze śniegiem, ciężkie działo dosłownie na nim spał, a może po prostu zamarzł i nikt nie zwrócił uwagi? Kolejnych dwóch przed drzwiami znacznie bardziej niż wartą było zainteresowane przeglądaniem zawartości datapada jednego z nich. Ostatnia dwójka tym razem mężczyzna i kobieta postanowiła uprzyjemnić sobie czas dobierając się do siebie w najgłębszej części okopu, przynajmniej na tyle na ile pozwalały im ich pancerze. W środku było jeszcze przynajmniej dwóch przeciwników, w tym dowódca placówki, co kobiety łatwo odgadły po tym, że miał lepszy pancerz od pozostałych i każdy oddawał mu salut, a przynajmniej jego pokraczną wykoślawioną formę, te rattataki były wojownicze, ale za nic miały wojskowy dryl, co wcale nie oznaczało, że będą łatwymi przeciwnikami, wręcz przeciwnie, to niedbalstwo generowało szereg zdarzeń losowych, które mogły szybko przynieść zgubę całej operacji.

Podkradnięcie się pod bunkier było dosyć łatwe, śnieg zapadał się pod ciałami czołgających się kobiet, przez co podejście do obozu od strony twierdzy rattataków było praktycznie niezauważalne, jedynym niebezpiecznym momentem było schodzenie z górskiego zbocza, nikt jednak nie wszczął alarmu, nawet kiedy kilka skał osypało się pod stopami pewnej zeletronki, ta jednak po prostu wykonała długi skok i rzuciła się prosto w śnieg, który dość grupy i miękki zamortyzował upadek, na tyle by nie stało się jej nic poważnego.

Ich pierwszymi ofiarami padła oczywiście para, która była tak zajęta sobą, że ze swego położenia zdała sobie sprawę dopiero kiedy Panna przebiła jednocześnie krtanie obojga z nich swoim mieczem. Ostrze przeszło na wylot przez kręgosłup mężczyzny zabijając go na miejscu i wbiło się w krtań dziewczyny, która teraz dławiąc się i krztusząc własną krwią powoli wypełniała ze swym partnerem, niewielki rów swą czerwoną posoką. Nyiara wyskoczyła saltem z okopu i wpadła na dach bunkra po czym szybko przebiegła po całej konstrukcji i nim ktokolwiek zorientował się co się dzieje, spadła na dwóch strażników zapatrzonych w datapad wbijając swoje dwa noże zabrane na tą misje w ich kręgosłupy. Przebudzony przez nagły huk strzelec działa przebudził się, tylko po to by w oka mgnieniu zostać zamordowanym przez kolejną zeltronkę przez poderżnięcie gardła, mężczyzna zaczął się miotać na swoim krześle i charczeć, wypluwając ogromne ilości krwi, zalewając nią cały teren przed sobą. Nagle drzwi od budynku otworzyły się, zaaferowany hałasami dowódca placówki wyszedł zobaczyć co się dzieje, a gdy zobaczył przed sobą grupę zeltrońskich kobiet natychmiast rzucił się do środka, Panna skoczyła za nim. Rattatak w oka mgnieniu dobył swego blastera jednak miecz kobiety był szybszy, Panna odrąbała swym mieczem dłoń dowódcy dzierżącą pistolet, po czym zwinnym ruchem odrąbała mu głowę. Wtedy usłyszała dźwięk repetowanej broni, ostatni strażnik bunkra już mierzył w nią ze swej broni, nie zauważył jednak lufy wychylającej się z jednej z nielicznych szpar budynku, które tak jak przypuszczała Panna były tylko ładnie wydrążonymi dziurami, zeltronka z blasterem była szybsza, nagły błysk czerwonego światła i już po sekundzie mężczyzna leżał martwy na ziemi z przestrzeloną czaszką.

Drzwi do bunkra otworzyły się, pierwsza weszła Nyiara, za nią natomiast weszły zeltronki.

- Dobra, ten bunkier czysty, dawać ładunki i idziemy do kolejnego - powiedziała Panna, a reszta posłusznie wykonała jej rozkaz.

__________________________________________________________________________________________________________

Dalsza walka wyglądała w zasadzie tak samo, podkradanie się pod bunkier, ciche wybijanie załogi nożami, mieczami i inną bronią białą, a następnie zakładanie ładunków na obiekcie i zostawianie budynku zalanego krwią, by ruszyć w celu kolejnego. Nyiara zauważyła, że zabijanie przychodzi jej łatwiej niż zwykle, chociaż nadal miała wyrzuty sumienia i pozwalała odruchom wykonywać robotę za nią, przychodziło jej to niepokojąco łatwo. Czy była to presja otoczenia? Świadomość ile osób zginie jeśli zawiedzie? Lęk przed zawiedzeniem swego mistrza? A może to właśnie Esterach tym ostatnim przytuleniem zrobił coś, przez co nie miała teraz typowych dla siebie oporów przed zabijaniem? Wyrzuciła z głowy ostatnią myśl, chociaż ta uporczywie wracała w trakcie podróży między jedną placówką a drugą, dziewczyna wciąż doskonale pamiętała jego opowieść i obawiała się, że jej mistrz w jakiś sposób znieczulił ją na śmierć, nie chciała tego i bała się takiej możliwości. Te przemyślenia znikały jednak w trakcie walki, zwłaszcza tej walki.

Na posterunek przybył nieoczekiwany patrol, przez co placówka zamiast standardowej siedmioosobowej załogi miała osób szesnaście. Zeltronki dobrze wiedziały jak problematyczna będzie to akcja zważywszy na fakt, że przeciwnik miał teraz nad nimi sporą przewagę liczebną, co prawda w zboczach góry kryło się ich jeszcze kilkanaście, ale Panna wolała nie musieć wzywać tego wsparcia. Bunkier w niczym nie przypominał pozostałych, stał na wzniesieniu dosłownie na środku drogi, miał przynajmniej cztery stanowiska ogniowe, podkradnięcie się do niego graniczyło z cudem, nawet z pomocą śniegu, który był jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem, bo chociaż zapewniał maskowanie, to kobiety zaczęły w końcu w nim zamarzać. To że zostaną odkryte było pewne, pytanie było jak daleko uda im się zajść nim ktoś je wypatrzy. Panna nakazała zaatakować obiekt z dwóch przeciwnych stron, z jednej miała podejść Nyiara z kilkoma zeltronkami, z drugiej ona z resztą drużyny, plan był taki, że nawet jeśli jedna z grup zostanie wykryta, to druga będzie miała wtedy czystą pozycję do ataku, a na pewno łatwiejsze podejście.

Nyiara powoli i ostrożnie przemieszczała się przez kolejne zaspy śniegu uważnie obserwując linie obrony, po której co chwila przechadzali się strażnicy przeciwnika, widocznie patrol z fortecy był jednocześnie kontrolą, przez którą żołnierze rattataków chodzili teraz jak w zegarku. Normalnie zeltronki po prostu poczekałby aż patrol poleci dalej, istniała jednak obawa, że poleci on sprawdzić kolejne posterunki, a to poskutkowałoby zdemaskowaniem ich działań. Nagle twi'lekana usłyszała strzały, żołnierze wroga zaczęli biegać w panice po posterunku, Panna i jej towarzyszki musiały zostać wykryte, Nyiara nie miała wyboru podniosła się z ziemi i wraz ze swym towarzyszkami zaczęła szarżować na umocnienia rattataków. Mimo wszystko nie otwierały jednak ognia ze swoich blasterów, Nyiara dobrze wiedziała, że zeltronki znacznie lepiej poradzą sobie w walce wręcz. Wydawało się, że wszystko pójdzie gładko, że Panna skupiła na sobie całą uwagę załogi bunkra i że Nyiara i jej towarzyszki będą mogły zaatakować przeciwnika znienacka, wtedy jednak trzech kolejnych rattataków wybiegło z bunkra i dopadło do ciężkiego działa, od strony którego biegła na nich Nyiara.

Esterach kazał jej to zrobić tylko w ostateczności, kazał jej ukryć swój miecz, a nawet jeśli ktoś go zauważy miała tylko udawać, że ma miecz nie że potrafi nim władać, teraz jednak z perspektywą bycia rozszarpaną przez pociski z działa blasterowego dziewczyna nie miała wyboru. Sięgnęła za plecy i odpaliła swój miecz, błękitna klinga oświetliła jej twarz. Nyiara wiedziała, że postawa defensywna nie zda jej się tu na nic, musiała działać, wysokim skokiem znalazła się tuż przed swoim przeciwnikiem, nim rattatak zdołał zrobić cokolwiek jego głowa już odpadała od reszty ciała, twi'lekana szybko odbiła kolejne dwa pociski zabijając tym samym drugiego wartownika, po czym mocą woli z potężną siłą cisnęła o ścianę trzecim rozbijając jego głowę. Krew zalała skalne, pokryte cienką warstwą śniegu podłoże, Nyiara wiedziała jednak, że nie może przestać, kolejnych dwóch napastników pojawiło się na dachu mierząc nią ze swych dwóch karabinów. Normalnie w jedi strzelaliby celnym ogniem pojedynczym, ale z tej odległości nie mieli problemu z ogniem ciągłym, padawanka ugięła się na nogach, po czym wyskoczyła w górę jak sprężyna, odbijając kilka pocisków i tnąc swym mieczem po twarzach dwójki bladych mężczyzn. Wydali jedynie ciche jęknięcia po czym obaj runęli z dachu na podłoże, w tym czasie drużyna dziewczyny dotarła już do umocnień.

Kiedy tylko ostrzał pod którym znalazła się drużyna Panny zmniejszył się, kobieta natychmiast rozkazała zaatakować przeciwnika, odkrywając że ledwie połowa jej towarzyszek podniosła się z podłoża. Kobieta dobyła swych dwóch blasterów i zasypała czwórkę strzelców odpowiedzialnych za śmierć jej podkomendnych iście huraganowym ostrzałem, dystans między nią a przeciwnikami był niewielki, a ona była szkolona do takich walk, toteż nim rattataki zdołały znaleźć się za bezpieczną osłoną, dwóch z nich już nie żyło, a pozostała dwójka była zbyt przerażona by działać. Rezultatem były cztery podziurawione trupy. Pozostali członkowie załogi skryli się w bunkrze i prowadzili ostrzał z niewielkich szpar wewnątrz budynku lub wsiedli na swoje ścigacze i próbowali uciekać. Panna miała gdzieś co pomyśli sobie o niej Esterach, nie obchodziło jej już nawet to czy jej zapłaci, kobieta wzięła ciężkie działo, wycelowała je w ścianę bunkra, konstrukcja naturalnie nie wytrzymała ostrzału, a wówczas do środka wleciało kilka granatów.

Wszystkie zeltronki i Nyiara natychmiast zaczęły uciekać w popłochu, znajdując słabą osłonę za workami ze śniegiem. Eksplozja była doskonale widoczna, jednak doszło do niej zdecydowanie zbyt wcześnie, Uzach był doświadczonym wojownikiem i nie zamierzał szarżować na przeciwnika, którego może nie spotkać, spróbował więc skontaktować się z dezerterkami. Pierwsza odpowiedziała mu jednak Nyiara.

- Panna! Jest tak kto!? Co się tam do cholery dzieje!? - krzyczał głos w komunikatorze.

Nyiara z trudem przyłożyła komunikator do ust i powiedziała:

- Mówi... Nyiara.

- Nyiara? Co za... - wtedy Karmazynowy Szpon przypomniał sobie kim jest dziewczyna - Co wy tam odpierdalacie!?

- Miałyśmy kłopoty... wpadłyśmy na zwiad rattataków, posterunek czwarty wysadzony w powietrze - mówiła ciężko dysząc dziewczyna i dodała - Część przeciwników zdołała uciec na ścigaczach, zaraz wezwą resztę.

- Dacie radę zwiać stamtąd na czas? - spytał Uzach.

Twi'lekana przyjrzała się swoim towarzyszkom, były obolałe ale przytomne, albo martwe, Panna także powoli zaczęła dochodzić do siebie, mimo wszystko na pewno nie będą w stanie biec.

- Nie jestem pewna, chyba będziemy w stanie dotrzeć do zbocza na czas - odpowiedziała dziewczyna.

- Więcej nie trzeba - odparł Uzach i wyłączył komunikator.

Zeltronki powoli zaczęły podnosić się z ziemi, nie kryły swej wściekłości, ani dla Panny za to nagłe wysadzenie kompleksu w powietrze, ani dla Nyiary za zatajenie dosyć istotnego faktu, że jest jedi. Co prawda Esterach planował i tak wykorzystać ten fakt, ale dziewczyna miała tylko udawać, że nią jest na nagraniu aby wybawić większą ilość przeciwników z twierdzy. Cóż ten pokaz fajerwerków z pewnością przyciągnie uwagę, tyle że o wiele wcześniej niż powinien, zeltronki i dziewczyna miały być daleko poza zasięgiem walki jaka miała się tu toczyć, a nie ryzykować znalezienie się na środku linii strzału, tak czy inaczej wieści o pojawieniu się jedi na polu walki szybko dotarły do Vadjaka.

__________________________________________________________________________________________________________

Zdyszany rattatak wpadł do komnaty swego wodza. Sporej wielkości zacienione pomieszczenie pełne było licznych skór, futer i innych trofeów porozwieszanych na ścianach, lub powykładanych na podłodze, po lewej od wejścia na stojaku wyeksponowana stała świeżo umyta zbroja, z własnym plecakiem odrzutowym, miotaczem ognia i licznymi innymi udoskonaleniami, jak chociażby wspomaganie celowania montowane w hełmie, czy systemy podtrzymywania życia w klatce piersiowej. Potężny, ponad dwumetrowy mężczyzna siedział na swoim tronie, jego muskularna klatka piersiowa zorana była bliznami, łysą głowę pokrywały liczne tatuaże, a dzikie oczy spoglądały przed siebie, podziwiając taniec młodej, roznegliżowanej zielono-skórej twi'lekany. Jej ciało było bez wątpienia piękne, jednak jej ruchy były niezgrabne, urywane, co było najpewniej efektem połączenia słabej tresury, z niewielkim doświadczeniem dziewczyny w tańcu i finalnie nękającą ją wizją konieczności dokonania aktu seksualnego z olbrzymem gdy tylko ten uzna, że jest już znudzony samym patrzeniem na jej ciało, naturalnie u Taslara czy innych szanujących się koneserów niewolnictwa taki widok był najwyżej godnym pożałowania, jednak dla rattataka tego typu niewolnica była szczytem wymagań. W kącie pomieszczenia siedziały jeszcze dwie podobne jej dziewczyny, z czego jedna starała się uspokoić drugą, która nie była w stanie przestać płakać.

Vadjak nie krył swej wściekłości, natychmiast uniósł się z tronu i mocnym, acz zdecydowanym ruchem dłoni usunął z drogi swą tancerkę, która korzystając z okazji postanowiła okryć się podarowanym jej wcześniej sporym kawałkiem materiału. Olbrzym zbliżył się do swego podkomendnego, a ten widząc, że wódz nie ma specjalnej ochoty na audiencję szybko zaczął mówić swoim wystraszonym głosem:

- P... panie! Nasze posterunki zostały zaatakowane! Czwórka wysadzona w powietrze! Jedynka, dwójka i trójka nie odpowiadają! Podobno nawet widziano tam jedi...

W tym momencie Vadjak chwycił swego podkomendnego za gardło i uniósł nad ziemię, ostatnie słowa wypowiedziane przez jego człowieka sprawiły jednak, że wódz szybko puścił go na ziemie. Mężczyzna, nie będąc w stanie utrzymać równowagi w trakcie nagłego lądowania padł na ziemie.

- Jedi!? Nareszcie! Tylko ich brakuje mi w kolekcji trofeów! Nareszcie będę mógł nazwać się godnym mych przodków! - powiedział wódz rattataków i zaraz dodał - Zbieraj drużyny! Wszystkich ścigaczy! Osobiście zatłukę tego jedi!

Po chwili obaj wyszli z pomieszczenia zostawiając przerażone twi'lekany samym sobie.

__________________________________________________________________________________________________________

- Szybciej - powiedziała Nyiara podsadzając kolejną zeltronkę na niewielką półkę skalną, z której mogły zacząć marsz w stronę wschodniego muru.

Bunkier nadal płonął żywym ogniem oświetlając całą okolicę, a wybuchające składy amunicji odbijały się głośnym echem w całych górach. Nyiara słyszała już jednak charakterystyczny dźwięk nadjeżdżających ścigaczy, twi'lekana wolała nawet nie myśleć co może się z nią stać, jeśli rattataki ją dopadną. Dzień wcześniej piraci uraczyli ją cała kolekcją opowieści o sposobach tortur i upadlania jakie stosuje ten lud i żadnego z nich padawanka nie chciała uświadczyć na własnej skórze. W końcu także twi'lekana mogła zacząć swój marsz w stronę muru, poruszały się cicho i spokojnie, chcąc za wszelką cenę uniknąć uwagi bladych wojowników.

Vadjak widząc swój bunkier w płomieniach wpadł w szał, wiedział że ktoś ośmielił się go zaatakować, na dodatek tego typu zagrywka z pewnością była jedynie dywersją, a prawdziwe działanie dopiero będzie mógł zobaczyć. Rattatak był wściekły, potężnie wściekły, bliski furii, musiał się jednak upewnić.

- Kły, Pazury i Szpony! - syknął gniewnie i dodał - Sprawdźcie co z posterunkami, zameldować mi i wracać, będę czekał tutaj i pilnował, żeby nikt nie przedarł się do twierdzy tą drogą.

- Tak jest! - odpowiedziała mu drużyna wojowników i już po chwili ich ścigacze leciały we wskazanych przez dowódcę kierunkach.

Nyiara była pierwszą, która zwróciła uwagę na odlatujące ścigacze, to była okazja, mistrz obstawiał, że przeciwnik sprawdzi maksymalnie jeden czy dwa bunkry, teraz miała okazję wyeliminować aż trzy grupy, za nic nie chciała zmarnować takiej okazji do zadania przeciwnikowi strat.

- Chwila - szepnęła głośniej dziewczyna.

- Co? - spytała cicho, lecz gniewnie Panna.

- Lecą sprawdzić posterunki - wytłumaczyła twi'lekana.

Kobiety spojrzały na odlatujące ścigacze i zrozumiały o co chodzi padawance.

- To która chce zostać tutaj sama? - spytała Panna, jednak żadna z zeltronek ani myślała oddzielać się od reszty grupy.

- Ja zostanę - powiedziała twi'lekana i dodała - Zostawcie mi tylko jakąś lornetke i detonatory.

- Jesteś pewna? Ryzykujesz dużo więcej niż my jeśli cie złapią - odpowiedziała przywódczyni zeltronek.

- Poradzę sobie - powiedziała dziewczyna.

Nyiara ze spokojem obserwowała przez lornetkę jak jednostki nieprzyjaciela zbliżają się do bunkra położonego najbliżej, postanowiła nie odpalać jednak ładunków od razu, w czasie kiedy pierwsza grupa sprawdzała teren dookoła posterunku, druga właśnie zsiadała ze swoich ścigaczy, a trzecia wciąż była w drodze. Nyiara poczekała jeszcze jakiś czas, wreszcie kiedy pierwsza grupa już wychodziła z posterunku dziewczyna odpaliła ładunki, zabijający wszystkich członków drużyny Kłów, następnie ponownie nacisnęła zapalnik zabijając całą, dopiero sprawdzającą teren drużynę Pazurów, Szpony dopiero dojechały na miejsce, jednak nauczona już doświadczeniem jak dewastacyjna w skutkach jest eksplozja nawet tak małego budynku Nyiara nie czekała ani chwili i nim bandyci zorientowali się co się dzieje, większość z nich już nie żyła.

Z perspektywy Vadjaka wszystko to wydarzyło się w raptem kilka sekund, w tej jednej chwili stracił trzy grupy swoich ludzi. Widok płomieni na horyzoncie sprawił, że rattatak zaczął się dosłownie trząść ze złości, więc kiedy tylko dostrzegł na horyzoncie grupę lecących w jego kierunku ścigaczy, natychmiast wydał rozkaz do ataku, za nic mając taktykę i logiczne podejście, chciał zabijać, przeraźliwie ryczał swoje komendy, a wszystkiemu temu towarzyszyły liczne okrzyki bojowe jego ludzi. Nyiara wiedziała, że pola te za niedługo zmienią się w piekło i że czas było się ulatniać.

__________________________________________________________________________________________________________

- Chyba się wkurzyli - powiedział jeden z piratów widząc dziesiątki ścigaczy opuszczających fortecę.

- Na to wygląda - powiedział Esterach, po czym wreszcie wskoczył na mur twierdzy.

Widząc go rattatak pełniący wartę natychmiast chciał podnieść alarm, jego krtań została jednak zmiażdżona przez moc woli rycerza, który następnie cisnął umierającym już stworzeniem w dół skarpy po drugiej stronie muru.

- I naprawdę są ludzie, co chcą z nimi walczyć z własnej woli? - spytał jeden z piratów wchodzących na mur, na widok bladego mężczyzny, roztrzaskującego się o skalne podłoże na dole.

- Jak widać są idioci - odparł mu drugi wchodząc na mur.

Weszli na mur i przylegli do ziemi, widzieli bieganinę pod nimi, wszyscy coś krzyczeli, dowódcy wydawali komendy, kolejne jednostki ścigacze były wyprowadzane z hangaru, jasnym było że sytuacja jest poważna, Esterach skupił się natomiast na sporym pomieszczeniu z kopułą przed nim. Była to najpewniej arena, gdzie rattataki rzucali do walki swoich niewolników, lub sami wskakiwali na pole walki dla własnej rozrywki, ten lud słynął ze swego barbarzyńskiego podejścia do życia. Zgodnie z planami, których zdobycie do tej pory pozostawało zagadką dla piratów, mieli oni ze swojego muru czysty strzał prosto w generator pola osłaniającego całą fortece.

Esterach nie zamierzał czekać ani chwili dłużej, widząc że już cała masa rattataków opuściła fortecę sam wziął targaną wcześniej przez jednego z jego ludzi wyrzutnię i wymierzył w generator pola. Pocisk opuścił wyrzutnie, nim rattataki zorientowały się co dokładnie się wydarzyło potężna eksplozja już oświetlała ich twarze, a podmuch gorącej energii i fala uderzeniowa powaliły tych, którzy stali najbliżej samego generatora. Po chwili główne podpory kopuły zaczęły pękać i nie trzeba było długo czekać aby całość konstrukcji zapadła się pod własnym ciężarem, wpadając do środka i powodując kolejną eksplozję, tym razem dziesątki odłamków raniło lub zabiło przynajmniej kilkunastu przeciwników. Esterach nie mógł ukrywać, że był zadowolony z efektu swych działań, upadająca kopuła była idealnym sygnałem dla jednostek latających piratów, że nadszedł czas na ich kolej w tej walce.

Pierwszym co usłyszeli rattataki był dźwięk silników maszyn piratów, zaraz potem widzieli już masę niewielkich statków, lecących w ich kierunku. Naturalnie działa przeciwlotnicze obrońców twierdzy już otwierały ogień w nacierającego nieprzyjaciela, piraci nie pozostawali jednak dłużni i otwierali ogień z własnych dział. Esterach musiał przyznać, że Ralph doskonale znał się na swoim fachu, jako pilot myśliwca wydawał się być wręcz artystą, z niezwykłą gracją unikając kolejnych lecących w jego stronę pocisków z dział przeciwnika. Pierwsza minuta wymiany ognia i pierwsza wieża była zniszczona, w drugiej płonęły już dwie kolejne, w niespełna pięć minut na polu walki zostały już tylko dwie wieże, tyle że na mocniejszych podstawach i o znacznie grubszym opancerzeniu. Ralph spróbował bezpośredniego natarcia na jedną z nich, jednak zgodnie z przewidywaniami Gembaka blastery jego myśliwców okazały się być za słabe na pancerz wież. Wciąż sprawna wieża wzięła na cel atakujących, Ralphowi udało się co prawda uniknąć ostrzału przeciwnika, ale jego prawy skrzydłowy nie miał tyle szczęścia. Bezpośrednie trafienie strąciło maszyne, która zorała połowę głównego placu fortecy, a następnie z pokaźnym impetem wbiła się we wschodnią bramę twierdzy. Było to szczęście w nieszczęściu, machina zablokowała rattatakom możliwość wysyłania posiłków Vadjakowi i jego ludziom, którzy teraz ścierali się z Karmazynowymi Szponami, ale uniemożliwiła także tej grupie wsparcie Esteracha.

Esterach pewnie podziwiałby akrobację powietrzne swych ludzi, gdyby nie musiał użerać się z bandą szarżujących w jego kierunku rattataków. Rycerz z użyciem swego ciężkiego blastera z daleka zdejmował lepiej opancerzonych i tych wyglądających na groźniejszych przeciwników, podczas gdy reszta jego drużyny uzbrojona w lżejszy oręż była zajęta walką na bliski dystans z pozostałymi przeciwnikami. Mieli dobre pozycje na swoim murze, który od wewnątrz okazał się być znacznie wyższy niż był po zewnętrznej stronie. Esterach bezlitośnie wykorzystywał tą przewagę terenową bawiąc się w snajpera. Przy okazji dostrzegł przez swój celownik optyczny, że przypadkowo uwolnił trzymane pod areną dzikie bestie, które teraz brały krwawy odwet na swoich dotychczasowych panach, rycerz uświadomił sobie co zrobił i błagał moc w myślach, aby przeciwnik nie trzymał tam także swoich niewolników, niepokoił go fakt, że nie wyczuwał dziewczyny, chociaż czuł że nadal żyje i jej stan wiele się nie zmienił od ostatniego razu, nie był w stanie wskazać jej dokładnej lokalizacji w twierdzy, chociaż mógłby przysiąc, że jeszcze przed naradą czuł tutaj jej obecność.

- Kaptanie, nie jesteśmy w stanie przebić się przez pancerz tych wież! - krzyczał Ralph do komunkatora.

- Przyjąłem, wycofajcie się na bezpieczną odległość i obserwujcie teren, jeśli pojawi się konieczność zaatakujcie znowu! - odpowiedział Eterach trafiając kolejnego z rattataków w głowę.

- Tak jest! Ale kapitanie, co z wieżami, przecież jeśli te dwie pozostaną sprawnę - w tym momencie jedi przerwał Ralphowi.

- O wieże się nie martw.

Esterach przełączył częstotliwość i zaczął mówić do komunikatora:

- Poruczniku, słyszycie mnie?

- Głośno i wyraźnie - odpowiedział mu metaliczny głos maszyny.

- Zdejmijcie te dwie wieże, które tak uprzykrzają nam życie! - rozkazał Esterach.

- Tak jest! - powiedziała maszyna.

Po chwili rattataki zobaczyły na niebie widok, który iście ich przeraził, pirackie jednostki to jedno, mandaloriański kom'rk wściekle szarżujący na ich umocnienia był czymś zupełnie innym. Machina bez trudu unikała kolejnych pocisków z dział przeciwlotniczych, zaawansowane algorytmy maszyn znacznie lepiej niż jakikolwiek piracki pilot Atlastaru obliczały jak unikać ognia nieprzyjaciela i w rezultacie obie wieże zostały zniszczone jedną salwą z machiny. Jedna z tych wież mieściła się właśnie przy wschodnim murze, z którego teraz Esterach musiał się ewakuować w trybie przyspieszonym. Upadek amortyzowany linami nie był zbyt przyjemny, na szczęście zarówno on jak i wszyscy jego ludzie go przeżyli, a nagły atak mandaloriańskiej jednostki zasiał popłoch w szeregach przeciwników.

- Kapitanie, melduje wykonanie zadania, przeciwnik startuje już jednak własne jednostki latające, co mamy robić? - spytał droid.

- Bądźcie w pogotowi, Ralph i Karmazynowe Szpony się nimi zajmą, jeśli sytuacja ich przerośnie, możecie wkroczyć do walki - odpowiedział Esterach.

- Przyjąłem - odpowiedział porucznik a jego statek zaczął oddalać się od fortecy.

Statki rattataków i pirackich band zaczęły teraz swój morderczy taniec na niebie ścierając się ze sobą w bardzo intensywnej bitwie powietrznej, która co jakiś czas znajdowała swoje echo na powierzchni planety, objawiające się w postaci seri pocisków z blastera posyłanych w podłoże, a nieraz także w jakiś losowych nieszczęśników.

Nieregularni w końcu mogli rozpocząć swój destant, wprowadzając bitwę w kolejną, finałową już fazę.

__________________________________________________________________________________________________________

Uzach z trudem wyczołgał się z wraku swojej maszyny. W trakcie walki spotkał się on z Vadjakiem i na skutek nieudanego manewru przeprowadzonego przez rattataka obie maszyny leżały teraz na ziemi powoli acz nieubłaganie znikając w płomieniach. Karmazynowe Szpony ścierały się teraz z rattatakami w krwawej bitwie na polach przed kanionem prowadzącym do fortecy, był to pojedynek brutalnej siły jaką dysponowali bladzi wojownicy i prędkości jaką mieli po swej stronie piraci. Praktycznie stale migające światła blasterów zmieniały noc w dzień, liczne palące się wraki tworzyły widoczne z daleka na czystym horyzoncie słupy dymu. Uzach widział jak kolejna jednostka rattataków zostaje zestrzelona przez jednego z jego łowców. Ścigacz bladego pilota otrzymał trafienie w stery, zaczął poziomo kręcić się wokół własnej osi, by wreszcie widowiskowo roztrzaskać się o ziemię i eksplodować w pokaźnej kuli ognia.

Uzach widział, że bitwa jest już praktycznie wygrana, na jego kilkadziesiąt, zostało już tylko kilkanaście ścigaczy rattataków, które teraz były ścigane i dobijane. Widząc jak jego ludzie masakrują przeciwnika, który chociaż próbuje się jeszcze bronić i zdarza mu się zestrzelić, któregoś z ludzi Uzacha, jest już praktycznie bez szans pewny swego zwycięstwa lider Karmazynowych Szponów uśmiechnął się, bo chociaż stracił w tej potyczce sporą ilość ludzi, zdołał dzięki zastosowanej na początku taktyce flankowania zmasakrować znacznie liczniejszego przeciwnika a teraz także zabić głównodowodzącego jego armii. Kiedy rattataki zobaczyli, że maszyna ich wodza eksplodowała ich siły poszły w rozsypkę podobnie jak jakakolwiek strategia, część zbiegła do fortecy, część w berserkerskim szale usiłowała dopaść jakiegoś przeciwnika.

Uzach nie docenił jednak swojego oponenta. Najpierw usłyszał uderzenie w pancerz maszyny Vadjaka, potem zobaczył ostrze topora wybijające sobie dziurę w pancerzu pojazdu przeciwnika, aż wreszcie wódz rattataków wyskoczył z wyrąbanego przez siebie otworu we wraku swej maszyny. Olbrzym spojrzał wściekle na weequaya, który chociaż nie mógł narzekać na swoje mięśnie nie miał szans w bezpośredniej walce z tym potworem. Biały do tej pory pancerz bladego wojownika, był teraz osmalony przez spalone elementy wraku jego maszyny, część fragmentów jego zbroi miała wgniecenia, część pęknięcia, mimo wszystko dało się go jednak jakoś używać. Vadjak zdjął swój uszkodzony hełm z głowy, po czym zaryczał wściekle i bez żadnej innej próby komunikacji rzucił się na Uzacha. Pirat dobył swego blastera i posłał kilka pocisków w dosłownie lecącego na niego olbrzyma, zdołał go nawet trafić, jednakże wciąż osłaniany swą zbroją i nafaszerowany adrenaliną mężczyzna zdawał się niczego nie poczuć, chwycił on weequaya za twarz i cisnął nim o ziemię, a następnie nim pirat zdążył cokolwiek zrobić rattatak rozrąbał jego twarz swym toporem na pół.

Vadjak wydobył broń z ciała przeciwnika, dopiero wtedy spojrzał na swoją twierdze, zobaczył zniszczone stanowiska obrony przeciwlotniczej i myśliwce walczące nad fortecą. Wódz zrozumiał swój błąd, dał się wywabić w pole, podejść jak dziecko, jego komunikator był zniszczony, nie mógł się więc dowiedzieć czy w fortecy są jacyś jedi, nie miało to jednak żadnego znaczenia. Szpony najwyraźniej miały za nic śmierć swego wodza, albo to właśnie zniszczenie pojazdu Uzacha sprawiło, że walczyły z taką zawziętością jaką widział teraz Vadjak, tak czy siak bitwa na polach była przegrana, jedynym sposobem na ocalenie klanu było teraz wezwać wszystkich żołnierzy jacy ostali się na posterunkach przed fortecą i wezwanie ich do środka, jeśli jakimś cudem nie dołączyli jeszcze do walki.

Jeden z rattataków, nie wiedząc z kim ma do czynienia, zamierzył się na swego wodza. Sterujący ścigaczem rattatak początkowo myślał, że ma do czynienia z jakimś szeregowym przeciwnikiem, który ocalał ze zderzenia pojazdów, szybko jednak dostrzegł kim jest owa persona. Mężczyzna podleciał bliżej aby upewnić się w swoim przekonaniu, a kiedy już znajdował się przy swym wodzu z radością krzyknął:

- Panie! Ty żyjesz!

Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo topór Vadjaka odseparował jego głowę od reszty ciała, wściekły olbrzym zrzucił truchło swego wojownika ze ścigacza, po czym wsiadł na niego i natychmiast zaczął kierować się w strone swej fortecy.

__________________________________________________________________________________________________________

Esterach szedł przez kwaterę główną, a przynajmniej coś co było nią według schwytanego naprędce młodego rattataka, który przerażony wizją zmiażdżenia żeber szybko wskazał rycerzowi drogę do takowych. W swej standardowej subtelności Esterach otworzył sobie drzwi do środka mieczem świetlnym i nie kryjąc już przed nikim tego kim jest masakrował kolejne zastępy przeciwników. Po tym jak Nyiara wpadła do fortecy i swoją bronią utłukła kilku przeciwników na oczach całej kompanii Nieregularnych, nie miało to już większego sensu. Teraz rycerz przemierzał kolejne pomieszczenia szukając drogi na samą górę kwatery, bo jak mu powiedziano na najwyższym piętrze znajdzie pokój wodza, w którym według relacji innego rattataka trzymane są niewolnice. W istocie budynek, w którym Esterach był teraz zdecydowanie różnił się od reszty kompleksu fortecy, podczas gdy większość budynków była niska, ale miała fundament wkopany w ziemię, dzięki czemu nadrabiała brak wysokości bardzo obniżonymi podłogami, często przechodzącymi w piwnice, tak ten był o wiele wyższy i miał znacznie grubsze ściany. Zapewne twórcy kompleksu planowali także tutaj postawić jakieś działo przeciwlotnicze, albo może chociaż porządny nadajnik, tak czy inaczej nigdy nie został on ukończony tak jak ukończony miał zostać.

W tym czasie Nyiara i Gembak ścierali się na głównym placu z ostatnim desperackim kontratakiem rattataków. Bitwa w fortecy zmieniła się w totalny chaos, ludzie Esteracha i Nieregularni walczyli teraz z rattatakami o każdy skrawek terenu, ci pierwsi byli prowadzeni chęcią zysku, ci drudzy chęcią obrony swego domu i jak poeci lubią gloryfikować drugą grupę, tak żaden nigdy nie mógłby zaprzeczyć, że pieniądz jest potężną siłą napędową. Rattataki były w kompletnym odwrocie, traciły właśnie hangar, wciąż trzymały się tylko kwatery mieszkalne a i one były w opłakanym stanie, jasnym było, że bitwa dobiega końca i bladzi barbarzyńcy nie będą zwycięzcami tego starcia. Mniejsze i większe potyczki toczyły się jednak na terenie całego kompleksu. Wtedy jednak, kiedy gasła ostatnia nadzieja rattataków, na polu bitwy pojawiła się nowa szansa na zwycięstwo, co prawda ranna i zmęczona, ale niezwykle wściekła, uzbrojona w topór i dwa karabiny, dwumetrowa szansa.

Vadjak przeleciał nad wrakiem rozbitego myśliwca, który blokował mu drogę na swoim plecaku odrzutowym, po czym z wściekłością zdarł go z pleców i cisnął nim o ziemie, urządzenie zostało bowiem uszkodzone przy zderzeniu ze ścigaczem Uzacha. cWódz rattataków przekonał się o tym jednak dopiero kiedy spróbował przelecieć nad rozbitym pojazdem i jeden z silników poparzył mu nogę. Niemniej na widok swego wodza w rattataków wstąpiła nowa siła, oczywiście sam wódz gdy tylko zobaczył błękitną klingę Nyiary natychmiast zaatakował dziewczynę, nie rzucił się jednak do walki wręcz, a dobył swych dwóch karabinów. Niewielka odległość z jakiej musiał strzelać i potężne mięśnie pozwalały mu na strzelanie ogniem ciągłym z bioder z obu karabinów jednocześnie. Nyiara z trudem uskakiwała przed morderczą salwą pocisków, odbijając ledwie kilka z nich, wiedziała, że nie ma szans z taką siłą ognia, na dodatek miała bardzo ograniczone pole manewru, z jednej strony Nieregularni związani walką z rattatakami, którzy widząc swego wodza przeszli do natarcia, z drugiej te właśnie rattataki, którym Nyiara mogła teraz przypadkowo wyjść prosto pod celowniki.

Esterach z użyciem swej mocy uderzył głową kolejnego rattataka, tym razem o ściane kolumny, która podtrzymywała coś na kształt balkonu na ostatnim piętrze kwatery głównej, z której to blady wojownik zrobił swoje stanowisko snajperskie. Do jedi szybko dotarło, że poszedł w kierunku zupełnie przeciwnym do tego, w którym iść miał, nie wyszedł jednak na tym źle, bo miał teraz idealny widok na wściekłego Vadjaka posyłającego całe salwy pocisków w jego padawankę. Esterach przeklinał teraz w myślach swoją potrzebę nagłej ewakuacji z muru, podczas której uszkodził swój ciężki blaster, zmuszony był bowiem korzystać ze sprzętu rattataków, a jego skuteczności nie mógł być pewnym. Mężczyzna niechętnie ujął broń w swoje dłonie, wymierzył w przeciwnika i pociągnął za spust.

Błysk żółtego światła w jednym z balkonów, ułamki sekund lotu, a potem dźwięk giętej blachy, pocisk trafił Vadjaka i zwalił mężczyznę z nóg, problemem było że trafił go w lewe ramie, podczas gdy Esterach celował w jego serce, rycerz przeklnął źle wykalibrowany celownik i natychmiast zajął się zmienianiem jego ustawień, co musiał robić ukryty za; na jego szczęście; grubą kolumną balkonu, bo Vadjak już słał w niego serię być może niezbyt celnych ale bardzo licznych pocisków. Nyiara widząc, że tajemniczy strzelec skupił na sobie uwagę przeciwnika dobyła własnego blastera i zaczęła celować w stojącego tóż przed nią olbrzyma. Niestety zmęczenie i pewne rany odniesione w trakcie eksplozji bunkra zrobiły swoje, dłonie dziewczyny drżały, pocisk, który miał spenetrować czaszkę olbrzyma przeleciał tuż nad jego uchem, z trzech kolejnych posłanych w tors trafił tylko jeden i trafił w brzuch. Vadjak to poczuł, nie było mowy aby tego nie zrobił, ale było to stanowczo za mało aby go powalić. Strzelając już z tylko jednego blastera ponownie skupił się na dziewczynie dając tym samym Esterachowi szansę na ponowny strzał, tym razem rycerz za swój cel obrał jego głowę.

Nyiara zobaczyła tylko żółty błysk, który momentalnie zmienił twarz Vadjaka w coś co przypominało nadpalonego, rozdeptanego pomidora, którego skórkę, ktoś postanowił pomalować czarną farbą. Siła uderzenia w zupełności wystarczyła aby natychmiast powalić mężczyznę na ziemię i dosłownie wybić jego oczy z orbit, Esterach musiał przyznać, że chociaż archaiczny, karabin snajperski z jakiego strzelał miał moc. Krew i płyny rdzeniowe zalewały teraz teren dookoła zniekształconej twarzy wodza. Na widok śmierci swego przywódcy rattataki prawie natychmiast się poddały, nie miały już żadnych szans na zwycięstwo, nie miały też wodza, za którym mogłyby podążać, nie było więc dla nich żadnej alternatywy niż kapitulacja.

__________________________________________________________________________________________________________

Esterach stał teraz przy komputerze kwatery głównej rattataków, przeglądając jego zawartość, zyskał wreszcie dokładne plany pomieszczeń fortecy, nawet tych, o których większość rattataków nie wiedziała. Jego ludzie przeszukiwali teraz tajne skrytki Vadjaka, gdzie znajdowali naprawdę rzadkie egzemplarze broni i pancerzy, a także spore ilości przyprawy. Zbudowana przez kolonizatorów forteca miała swoje plany wciąż zapisane w głównym komputerze Atlastaru Jeden, dla Lizzie znalezienie tych danych nie było problemem, tak samo jak dla droidów Esteracha sprawdzenie gdzie na polach dookoła twierdzy znajdują się inne ośrodki większej aktywności komunikacyjnej, nie potrzebował nawet bioskanu żeby wiedzieć jak rozłożone są posterunki nieprzyjaciela. Twierdza była jednak stara, właścicieli zmieniała przynajmniej piętnaście razy, nie było więc mowy by wiedzieć jak budynki wyglądają dokładnie w środku.

Nyiara dobrze wiedziała czego szuka, w komnacie Vadjaka znaleźli tylko trzy twi'lekany, które znajdowały się już na jego statku, z opowieści roztrzęsionych dziewcząt Esterach dowiedział się, że wódz rattataków dostał je w prezencie od huttów, nie wiedziały jednak co dokładnie Vadjak podarował bandytom, nie słyszały też nigdy o kimś takim jak Shelemi. Nagle Esterach z całej siły uderzył pięścią w stół tworząc wgniecenie w jego obudowie. Na ten widok wchodzący właśnie do pokoju Ralph, Panna, trandoshanin w czerwonej kurtce i rattatak w osmalonej zbroi zatrzymali się w pół kroku i zastanawiali się, czy wejście do pokoju było dobrym pomysłem.

- Czego? - spytał gniewnie Esterach.

- Zabezpieczyliśmy zawartość wszystkich skrytek kapitanie, jesteśmy w zasadzie gotowi do odlotu - powiedział niepewnie Ralph.

- Coś jeszcze? - zapytał jedi, już znacznie spokojniejszym tonem.

- Emmm cóż, mam tutaj kilka osób które wyrażają, chęć dołączenia do pańskiej załogi, miejsca w naszej bazie nam nie zabraknie, zapasów też nie, a to co zrabowaliśmy z nawiązką pokryło nam koszty ataku i tak planowaliśmy powiększać naszą bandę więc pomyślałem, że zrekrutowanie ich nie będzie takim złym pomysłem - odpowiedział wciąż niespokojny Ralph.

Esterach spojrzał na grupę, która weszła do pokoju.

- Znasz naszych ludzi lepiej ode mnie, ty zdecyduj kto ma dołączyć - odpowiedział Esterach.

- Tylko, że widzi pan kapitanie... problemem nie jest nasza załoga, nasi chłopcy są bardzo ochoczo nastawieni do nowych grup, problemem jest... pan - odparł Ralph a kiedy to mówił zaczął się jąkać.

Esterach nie odpowiedział, przejrzał jeszcze raz coś w komputerze i nagle ożywił się, Nyiara mogła przysiąc, że przez moment jego oczy błysnęły jakimś dziwnym, nieznanym jej blaskiem, nie była to moc, żadna mistyczna technika, lecz euforia, najprawdziwsza w świecie euforia. Rycerz odsunął się od stołu i ponownie spojrzał na grupę.

- Więc w czym ten problem ze mną? - spytał wyraźnie zadowolony Esterach.

- W tym, że jesteś jedi - zaczęła Panna.

- I obawiamy się, że wydasz nas republice albo zakonowi - dodał rattatak.

Esterach parsknął śmiechem i powiedział:

- Republika, żeby wam zaszkodzić, musiałąby najpierw mieć jakąś sensowną armie, która nie zesra się ze strachu na samą myśl przylecenia tutaj, a zakon, jeśli dowie się co tutaj zrobiłem i co planuje zrobić, to mnie wywali, więc jesteście raczej bezpieczni. Jeszcze jakieś pytania?

- Nawet jeśli dołączymy do twojej załogi, zapłatę za tą misje dostaniemy? - spytała Panna.

- Nie mam pojęcia po co wam ona, skoro i tak będziecie mieli dostęp do naszych środków, ale niech wam będzie - powiedział Esterach i ponownie zapytał - Jeszcze coś?

Stał tak przez chwilę, a widząc, że nikt nie ma już nic o co chciałby się zapytać, powiedział:

- Doskonale, w takim razie ładować się na statki i wracać do bazy, ja mam jeszcze coś do załatwienia, dołącze do was później.

- Tak jest! - odpowiedziała mu cała czwórka.

Nyiara chciała iść z nimi, Esterach jednak ją powstrzymał:

- Nyiara, ty zostajesz ze mną.

- Tak jest! - powiedziała pokornie dziewczyna.

Esterach poczekał aż inni wyjdą z pomieszczenia i zaczął mówić:

- Wykazałaś się dzisiaj odwagą, słyszałem że tylko Panna dała radę utłuc więcej przeciwników od ciebie w czasie ataku na te bunkry.

- Tak. To było... nietypowe uczucie, wiedziałam że robie coś złego, ale wiedziałam też, że muszę to robić i ostatecznie byłam... spokojna - mówiła dziewczyna.

- To znaczy, że dorastasz. Jedi nie może zdradzać emocji w czasie walki, musisz wiedzieć, że to co robisz to konieczność i robić to tylko w tej właśnie konieczności, nie wolno ci gloryfikować walki, ani do niej dążyć, musisz wiedzieć, że jest zła, rozumieć to, możesz honorować tych, których zabiłaś, ale nie wolno ci żałować ich śmierci, inaczej wyrzuty sumienia zaprowadzą cie do szaleństwa - odpowiedział jej bardzo spokojnym głosem Esterach.

- I mówisz to ty? - zaśmiała się dziewczyna i zaraz dodała - Ale przecież ty uwielbiasz walkę! Dążysz do niej na każdym kroku! Nie próbowałeś nawet ratować Shelemi tylko odrazu zebrałeś armie i ruszyłeś na bitwe!

- I zobacz jak jestem traktowany - odparł mistrz.

Dziewczyna przestała się śmiać, spuściła wzrok i pokiwała głową, po czym rzekła:

- Rozumiem mistrzu.

- Wiem, że rozumiesz - powiedział Esterach i pogładził dziewczynę po głowie, a ta delikatnie się uśmiechnęła, wtedy mistrz powiedział - A teraz wracaj na nasz statek, przebierz się, żeby nie było, że cie demoralizuje i zawiadom radę, że znalazłaś kilka twi'lekanek i żeby przysłali kogoś kto je odbierze.

- A ty mistrzu? - spytała dziewczyna.

- Ja mam jeszcze coś do załatwienia tutaj - odparł rycerz.

- Co takiego? - spytała zaciekawiona twi'lekana.

- Zobaczysz. Nie chcę zapeszać, ale być może jest to coś, dzięki czemu ocalimy Shelemi - odpowiedział Esterach.

- Ocalimy!? Więc ona nadal żyje!? - ucieszyła się Nyiara.

- Tak żyje, chociaż uratowanie jej będzie graniczyło z cudem, a teraz leć - odpowiedział Esterach.

Twi'lekana wyraźnie uradowana z faktu, że ich misja wciąż może zakończyć się powodzeniem i że mogą uratować Shelemi, wyleciała jak strzała z pomieszczenia zostawiając mężczyznę samego.

__________________________________________________________________________________________________________

Esterach wszedł do komnaty Vadjaka, wcześniej zdobiona licznymi trofeami zabitych bestii i przeciwników, teraz była niemalże pustym pokojem. Zostało tylko jego łoże, które i tak już zaklepał sobie Gembak i tron wykuty w skale, osadzony na potężnej płycie, który za nic nie dał się ruszyć. Esterach uklęknął przed nim i skupił swoją moc, oddychał powoli i równomiernie. Nagle tron zaczął drżeć, potężna płyta na której był osadzony zaczęła pękać, trwało to dłuższą chwilę, aż w końcu moc Esteracha zwyciężyła skałę, odsłaniając to co ukryto pod tronem. Esterach podszedł powoli do miejsca gdzie jeszcze przed chwilą stało kamienne siedzisko, pod nim znajdowała się skrzynia, opatrzona mandaloriańskim symbolem. Skoble na niej sugerowały, że jest stara, dużo starsza niż rattataki, które tutaj przybyły, rycerz uruchomił stary mechanizm, a ten zadziałał bez zarzutu. Skrzynia powoli uniosła się nad ziemie, kolejne zapalające się kontrolki sugerowały otwieranie się kolejnych zatrzasków zamka pojemnika, a kiedy ostatni z nich się odblokował uniosło się wieko skrzyni, pozwalając rycerzowi zajrzeć do środka. Esterach nie czekając sprawdził zawartość skrzyni, a na jej widok, na jego ustach, wręcz mimowolnie zagościł złowieszczy uśmiech.

Rozdział V Krzyżowiec

Advertisement